Boliwia – Jak trafiłem do więzienia San Pedro?

6 January 2016 Boliwia, Top 5 16 Comments

Obudziłem się i spojrzałem w kalendarz. Był wtorek. Nie miałem żadnych planów na to, jak spędzić taki słoneczny dzień. Postanowiłem iść do więzienia San Pedro. Żeby jakoś zabić nudę.


Więzienie San Pedro w La Paz

 
Więzienie San Pedro w La Paz to jeden z najdziwniejszych zakładów karnych w Ameryce Południowej. Policja nie ma do niego wstępu. Owszem, są klawisze, ale życie w środku budynku nie jest przez nich kontrolowane. I to właśnie tam produkuje się nawet dziewięćdziesiąt procent kokainy w La Paz. Tej najczystszej, przed którą drżą nawet babole w nosie.
 
San Pedro w La Paz
 
Kilka lat temu więzienie było otwarte dla turystów. Za sporą opłatą można było przejść się po nim z przewodnikiem. Na koniec turyści dostawali po działce kokainy. Interes zaczął kwitnąć, aż ktoś bardzo inteligentny wrzucił zdjęcie na Facebooka, na którym trzymał w ręku małą tytkę. Wszystko podpisał: „Oto, co można kupić w więzieniu San Pedro”. Co za, kurwa, baran…


Za wszelką cenę

 

Historia zrobiła się głośna, więc rząd postanowił zamknąć dostęp dla turystów. Jednak ja nie dałem za wygraną. Od faceta który prowadził Downhill Drogą Śmierci, dowiedziałem się jak krok po kroku można się tam dostać, nawet pomimo zakazu wstępu.

Na początku udałem się na posterunek policji, gdzie odnalazłem człowieka imieniem Jose. Po wpłacie pięćdziesięciu dolarów Jose wypisał mi pozwolenie na dwugodzinną wizytę w więzieniu. To pozwolenie to ściema. Nie ma żadnej mocy prawnej, bo wstęp do więzienia dla turystów był i jest zabroniony. W rzeczywistości Jose był łącznikiem. Zaprowadził mnie na mały bazar, który mieści się przy Plaza San Pedro. Pracowała tam kobieta, której mąż był kiedyś przewodnikiem po więzieniu. Pomimo braku wyroku mieszkała w więzieniu, a pracowała na bazarze przed główną bramą. Jak nietrudno zgadnąć, nie handlowała wcale owocami, które miała wystawione. Sprzedawała koks produkowany po drugiej stronie muru.

Policjant postał chwilę z nami, po czym rzucił do mnie:

– No fotas, no fotas! – po czym pogroził mi palcem i odszedł.


Luise Felipe

 
Kobieta spojrzała na mnie i przywołała mnie ręką. Podszedłem pod bramę budynku i wpisałem swoje dane do grubej brunatnej księgi, a na ramieniu wypisali mi numer identyfikacyjny. Znalazłem się w więzieniu.

– To Luise Felipe. Mój mąż. On będzie twoim przewodnikiem – powiedziała kobieta.
– Cześć. Jak masz na imię i skąd jesteś? – zapytał Luise Felipe.
– Tony, jestem z Polski.
– Okej. Teraz mnie posłuchaj. To będzie ważne, więc się skup. – Odpalił papierosa i głęboko się zaciągnął. – Dla ciebie wstęp do więzienia jest nielegalny. Nie chwal się za bardzo, że tu byłeś. Żadnych zdjęć. Jasne?
– Jasne.
– To są Jorge, Camilo, David i Antonio. – Wskazał palcem na kilku zarośniętych osiłków. – Oni będą naszą ochroną. Przejdziemy tylko po tych bezpiecznych częściach, żeby nic ci się nie stało. Gringo czasami jeszcze tu wchodzą, więc nie będziesz nikim specjalnym. Więźniowie już do tego przywykli.


Zamknięcie więzienia dla turystów

 

– Dlaczego więzienie jest zamknięte dla odwiedzających? – Zapytałem.
– Z wielu powodów. Wszystko zaczęło się od tego gościa, Thomasa McFaddena. On wpadł na pomysł, żeby wpuścić tu turystów. Gdy tu trafił, nie miał gdzie spać. Wiesz, musisz mieć pieniądze, żeby kupić sobie celę. Wymyślił ten biznes. Zaczęli się schodzić gringo i w pewnym momencie był nawet facet z tych przewodników.
– „Lonely Planet”?

– Tak, dokładnie. Wpisał więzienie do przewodnika, a później mieliśmy nawet po pięćdziesiąt wycieczek dziennie. Potem któryś z naszych zaczął sprzedawać im kokainę. Sprawa się rozeszła. Poza tym nie zapominaj, że to więzienie. Jakoś w tym samym czasie kilku więźniów brutalnie zgwałciło dwunastolatkę. Chcieli nawet zamknąć to więzienie, a nas przenieść. Jednak Boliwia to skorumpowany kraj, a że właśnie w San Pedro produkuje się najwięcej kokainy, sprawa ucichła.
– Gdzie wy to produkujecie?
– Nie pokażę ci, ale uwierz mi na słowo, że mamy laboratoria. Najpierw kwestia techniczna. Sześćdziesiąt dolarów dla mnie.
– Okej. Trzymaj czterysta boliviano. – Wręczyłem mu gotówkę. – To chyba tyle samo.
– Nawet lepiej. Idź cały czas za mną.
– W porządku.


Jedyne trzy centymetry grubości, które potrafią poruszyć każdą kobietę…

Książka Bunkrów Nie Ma Okładka


Dzieci w więzieniu

 
Przeszliśmy kilka kroków i dotarliśmy do dziedzińca w kształcie kwadratu. W środku głośno grała muzyka latynoska. Atmosfera absolutnie nie przypominała więzienia. Wyglądało to na zwykłe podwórko, na które zaraz ktoś wyniesie dywan do trzepania. Tyle że bez muzyki latynoskiej. Obok mnie przebiegło dziecko.

– A ten co zrobił? – zapytałem.
– Nic. To syn któregoś z więźniów. Mieszka tu z rodzicami.
– Pewnie wyrośnie na mola książkowego. A dlaczego jest tak, że całe rodziny tu siedzą? Nie łatwiej żyje się poza więzieniem?
– Wychodzi taniej. Cele są bardzo drogie. Ja za moją zapłaciłem osiemset dolarów. Jest tam na górze, potem ci pokażę. Ale gdy już masz swoją celę, nie musisz się niczym martwić i możesz tu sprowadzić całą rodzinkę.
Luise Felipe odwrócił się do mnie plecami i wskazał na ścianę przed nami.


Na wolności

 

– Ta część nazywa się La Posta. Jest najdroższa. Z boku jest sala do bilarda, mamy PlayStation i stół do pokera.
– Macie też podświetlaną bieżnię tartanową?
– Nie. – Z pełną powagą odpowiedział mi Luise.

Widocznie nie był w nastroju na żarty. Następnie wskazał na najwyższą ścianę na dziedzińcu.

– Za tą ścianą jest inna część więzienia. Tam siedzą najgroźniejsi przestępcy. To oni kontrolują handel kokainą. Czasami gdy nie możesz czegoś kupić tu, musisz wspiąć się po ścianie. O ile nie spadniesz… Sam wstęp kosztuje czterdzieści boliviano. Jeśli trafisz tam przez przypadek, bo np. będziesz bardzo pijany, to mogą ci zrobić krzywdę.
– Na przykład co?
– Mogą cię zadźgać nożem. Albo dostaniesz kulkę w łeb. Tam są naprawdę niebezpieczni ludzie, pozbawieni skrupułów.

Nie miałem zamiaru przeskakiwać przez tę ścianę. W zasadzie nigdy nie planowałem tam trafić z przymusu. Po tym, co powiedział Luise Felipe, wnosiłem, że byli tam sami twardziele. Tak męscy, że nawet nie jedli miodu, oni po prostu przeżuwali pszczoły. Matki pewnie od dziecka karmiły ich skisłym mlekiem z cyca. I tak się wyrobili. Twardzi i męscy.


Więzienie

 

Luise Felipe przyspieszył kroku. Szedłem w ślad za nim, zastanawiając się, czy dałoby się z takiego więzienia spierdolić. Podkop raczej by się nie udał, bo wszystko od spodu było solidnie zabetonowane. Nie miałbym jak pozbyć się nagromadzonego gruzu. No chyba że żarłbym go na bieżąco. Ale tak na sucho? Ochroniarze mogliby się pokapować, że zbyt często proszę o wodę, i od razu zapytaliby: „Chwileczkę. Po co ci tyle tej wody? Czy ty przypadkiem nie żresz gruzu po nocach?”.

Wolałem wyrzucić takie myśli z głowy. Za cholerę nie chciałbym trafić do pierdla. Tym bardziej do San Pedro. Więzienie zawsze kojarzyło mi się z Caps Lockiem. Zarówno jedno i drugie zmienia „o” w „O”. Weszliśmy do kuchni.

– Tych trzech facetów gotuje tu dla sto czterdziestu dwóch osób. – Luise wskazał na trzech szczerbatych i upasionych kucharzy. – Są nieźle opłacani, to dobra praca. Jeśli nie będziesz jadł od nich, to pewnie się czymś zatrujesz, bo reszta żarcia jest ohydna i niezbyt czysta.
– Jeśli tylko kogoś zamorduję i tu trafię, będzie to bardzo cenna wskazówka.
– Dawaj, idziemy dalej – powiedział beznamiętnie Luise.


San Martin

 

Znaleźliśmy się na kolejnym dziedzińcu, gdzie wszystkie ściany pomalowane były na niebiesko. Na jednej z nich wielkimi literami wypisane było „San Martin”. Litery były tak krzywe i chaotyczne, że nawet sparaliżowany i ślepy karzeł na wózku inwalidzkim narysowałby to lepiej. I to chyba on namalował herby, które widniały na kolejnej ścianie.

– Co to za znaki? – zapytałem.
– Nasze godła. To jest najobszerniejszy plac całego więzienia. Tu najczęściej gramy w piłkę. Każdy oddział więzienia ma swoją reprezentację. Gramy dwa razy w tygodniu.
– A nie przeszkadza wam ta studnia na środku?
– Trochę tak. Ale jest konieczna. Tam wrzucamy ciała. Nazywa się El Hueco. Gdy dojdzie do jakiegoś wypadku lub morderstwa albo ktoś umrze ze starości, to wrzucamy go do dziupli, żeby gościu nam tu nie śmierdział. Kiśnie tam, póki nie przyjedzie klawisz i go sobie zabierze.

Przed dziuplą ustawione były dwa stragany. Jeden z warzywami, drugi z owocami. Sklepów w tym rejonie było więcej. Był również mały monopolowy i spożywczy. W kącie czworo ludzi grało przy stoliku w karty. Zupełnie nie zwracali na mnie uwagi.


Marching Powder

 

Weszliśmy po schodach, przeszliśmy dość ciasnym korytarzem do celi, w której siedział niegdyś Thomas McFadden. Tutaj w 2003 roku przybył również Rusty Young, który zaprzyjaźnił się z Thomasem. Efektem tej przyjaźni była książka pod tytułem “Marching Powder“, opisująca życie w więzieniu San Pedro. Zdjęcie poniżej nie jest mojego autorstwa. Nie mogłem zrobić absolutnie żadnych zdjęć w środku.
 
San Pedro La Paz Więzienie
 
– Luise, mogę o coś zapytać?
– No mów.
– Za co ty siedzisz?

Nie odpowiedział mi. Widać było, że coś rozważa w głowie. Po chwili uśmiechnął się do mnie.

– Żona na łożu śmierci pożegnała mnie słowami: „Mam nadzieję, że spotkamy się w niebie”. Dlatego na wszelki wypadek zamordowałem sąsiada, podpaliłem sierociniec i podłożyłem bombę pod kościołem.
– A tak serio?
– Prawnik mnie wrobił – uśmiechnął się.
– Jeśli nie chcesz powiedzieć, nie będę więcej pytał.
– Siedzę za przemyt pięciu kilogramów kokainy do Stanów. Troszkę przesadziłem. Złapali mnie na lotnisku i jestem. Dobra, koniec wycieczki. Odprowadzę cię jeszcze do wyjścia.


Na wolności

 

Przeszedłem przez obydwa dziedzińce San Pedro, które uprzednio mijaliśmy. Wpisałem się ponownie do wielkiej brunatnej księgi i klawisz otworzył przede mną skrzypiącą bramę. „Jakie to przyjemne uczucie: wyjść z puchy!”, pomyślałem.

Wtem zauważyłem parkę turystów, którzy musieli mnie obserwować przez dłuższy czas. Nie mogli pojąć, jak to się stało, że biały facet właśnie wyszedł bramą więzienia. Dość niepewnie zbliżyli się do mnie i facet odezwał się szeptem.

– Przepraszam!
– Tak?
– Co pan robił w tym budynku?
– To więzienie. Właśnie skończyłem odsiadywać czteroletni wyrok za potrójne morderstwo swoich dzieci. Porąbałem je siekierą i zjedliśmy z żoną na obiad.
– To my… To my już pójdziemy… Do widzenia!

Odwrócili się na pięcie i uciekli. A ja cieszyłem się pierwszymi chwilami na wolności.


Najzabawniejsza książka podróżnicza na polskim rynku. Zamów teraz.

Książka czarny humor ironia sarkazm

—–
Następna historia:
Jak wykiwać Policję na Bali?

Related Post