Boliwia – Downhill Drogą Śmierci

Droga Śmierci

Droga Śmierci w Boliwii została w 1995 roku okrzyknięta najniebezpieczniejszą wysokogórską drogą świata. Przez wiele lat służyła jako łącznik między La Paz a dżunglą. Panował na niej niesamowity ruch, co skutkowało ogromną ilością wypadków. Autobusy pełne ludzi spadały w przepaść, zabijając średnio od dwustu do trzystu osób rocznie. Dlaczego więc nie zjechać drogą śmierci na rowerze górskim przy pełnej prędkości?


Droga Śmierci

 

 
W naszej grupie było dwanaście osób. Dostaliśmy po rowerze oraz ochraniaczach na kolana, łokcie i kask. Mieliśmy zjechać z czterech tysięcy trzystu metrów na tysiąc sześćset przy średniej prędkości zjazdowej około trzydziestu kilometrów na godzinę. Droga śmierci jest bogata w zakręty skutecznie ograniczające widoczność. Na dodatek metr od ścieżki zjazdowej jest urwisko o wysokości od trzystu do sześciuset metrów. Już wtedy miałem cały ten pomysł za szatańsko niebezpieczną zabawę, która niesamowicie mnie podniecała. Myślałem nawet, żeby walnąć ćwiarteczkę na odwagę, ale stwierdziłem, że trzeźwa głowa może się jednak przydać.

Tak to wyglądało od strony technicznej. Urwiska, wypadki i nierówna droga. A swoje pięć groszy strachu dodali sami turyści. Usłyszałem wiele historii o tym, jak łatwo wypaść poza drogę, o wypadkach, które zdarzyły się stosunkowo niedawno. Od 1998 roku osiemnaście osób wypadło z trasy. No cóż, rozpaćkali się jak świnia z historii o morderstwie w górach. Jeden moment nieuwagi albo głupi błąd nieuchronnie prowadził do poważnych złamań albo śmierci.


Pierwszy Etap

 
Pierwszy etap był niesamowity, bo zjeżdżaliśmy po asfalcie z prędkością około sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Pełna zajawka. Wysoko nad nami wznosiły się ośnieżone wierzchołki gór, które prezentowały się bajecznie w tak doskonałą pogodę. Było tak pięknie, że aż pała mięknie. Ponieważ jestem dość wysoki, musiałem przenosić środek ciężkości trochę do tyłu, bo szarpało kierownicą. Mimo że cały zjazd trwa dobre cztery godziny, co chwilę stawaliśmy na postój. Odliczaliśmy, czy nikt nie zsunął się w przepaść.
 

 

Drugi Etap

 
Drugi etap był trudniejszy. Skończył się asfalt i zaczęła droga żwirowa. I już na tym etapie było wyraźnie widać, kto przyjechał tam po zabawę i trochę adrenaliny, a kto po zdjęcia na Facebooka. Zespół prowadzący składał się z czterech osób. Lider był na przedzie i narzucał tempo zjazdu. W środku był jeden koleżka na wszelki wypadek i na samym końcu typ, który poganiał maruderów. Za nimi wszystkimi wlókł się jak żółw samochód techniczny z zapasowymi rowerami.
 
Droga Śmierci La Paz
 
Death Road Boliwia
 

Parcie na Facebooka

 
Denerwowało mnie to ciągłe zatrzymywanie. Parcie na Facebooka było tak wielkie, że co chwilę stawaliśmy do pozowanych zdjęć. Zamiast skurwysynów żądnych wrażeń sami fejsbukowicze. Ja przyjechałem tam po adrenalinę i emocje, a nie po to, żeby potem łechtać swoje ego w serwisach społecznościowych.

Zapisanie się na downhill, byleby tylko przejechać go minimalną prędkością, to jak jechanie nad morze, żeby tylko zjeść gofra i watę cukrową. W dodatku ryzyko upadku przy niewielkiej prędkości jest paradoksalnie większe. Mając odpowiednie tempo zjazdu, przelatuje się nad kamieniami. Energia potencjalna jest tak duża, że nawet nie czuć większych kamieni, gdy stoi się na samych pedałach. A przy niskiej prędkości można wyczuć pod dupą każdy kamyczek czy przejechaną biedronkę. Na siodełku wolałem nie siadać, bo obiłbym sobie tyłek.

Cała grupa podzieliła się na dwie mniejsze. Jedna zostawała z tyłu i hamowała przez całą drogę, a druga popuszczała rączkę hamulca i starała się dotrzymać tempa liderowi. I choć ten jechał najszybciej, to starałem się trzymać najbliżej niego. Facet znał drogę, wiedział, kiedy hamować, a kiedy przyspieszać. Ufałem mu.


Szalony Szaleniec

 
W pewnym momencie zaczął tak popierdalać, jakby zostawił w domu włączone żelazko. Jechałem cały czas za nim. Przy odrobinie koncentracji i dobrej technice jazdy dawałem radę. Adrenalina wręcz wylewała mi się z nosa. Uwielbiam takie momenty.

Pierwsza upadła Kanadyjka, głównie przez to, że zjeżdżała zbyt wolno. Zrobiła ze dwa fikołki i trzy fiflaki, ale w zasadzie, poza zadrapaniami na twarzy, nie stało się jej nic poważniejszego. Pewnie będzie miała ślady do końca życia i nikt nie będzie chciał jej poderwać, ale zawsze lepsze to niż skręcenie sobie karku albo upadek w przepaść z rowerem. Nie ma w tym nic fajnego. Można uszkodzić rower, a naprawa dużo kosztuje.

 
Urwisko na Drodze Śmierci
 

Ostatni Etap

 
Ostatni etap był najbardziej techniczny, bo droga śmierci wiła się w zygzak i wyścielona była kamieniami. Nie zwalniałem tempa i trzymałem się przewodnika jak dospawany. Jakieś trzysta metrów przed końcem zjazdu poczułem, że coś się dzieje z rowerem. Przednie koło zaczęło się gibać jak statyści w „Jaka to melodia”. Ale kontynuowałem zjazd, nie zwalniając choćby odrobinę. Gdy dojechałem do końca, odkryłem, co było nie tak. Przednie koło odkręciło się i trzymało jedynie w połowie gwinta śruby. Gdy lider grupy to zobaczył, stwierdził:

– O kurwa! Masz, chłopie, szczęście! – Wskazał na rower. – Gdyby ta śruba odpadła, to… To chyba wiesz, co by się stało?
– Zabiłbym się?
– Może i nie zabił, ale cało byś z tego nie wyszedł na pewno.
– No to nieźle – stwierdziłem. – A co by było, gdybym zginął?
– Ciało zakopalibyśmy w lesie, a twoich rodziców obciążyli za rozwalony rower – rzucił z całkiem poważną miną.
– Świetnie.
– A tak na marginesie: odwaliłeś kawał świetnej roboty. Rzadko się zdarza, żeby ktoś potrafił dotrzymać mi tempa.


Czym jest odwaga?

 

Odwaga nie jest wcale brakiem strachu. Wręcz przeciwnie. To wyjście na przeciw swoim lękom. Dotknięcie tego, co nieznane, co niekomfortowe. Odwaga jest wyspą, którą oblewają wody lęków. Jest jak hazard, jak ryzyko. Tylko ci, którzy je podejmują, wiedzą, czym naprawdę jest życie. A ja taki rodzaj strachu uwielbiam. Podnieca mnie i czuję, że dzięki niemu wzrastam jako mężczyzna.

W gruncie rzeczy cała Droga Śmierci nie była taka trudna, jak się początkowo wydawało. Ale chyba tak jest ze wszystkim, przed czym odczuwamy lęk. Wystarczy mieć dobry refleks, trochę umiejętności, jaja w spodniach i trzeźwy łeb na karku. I wtedy powinno być okej.


Najzabawniejsza książka podróżnicza na polskim rynku. Zamów teraz.

Książka czarny humor ironia sarkazm
—–
Następna Historia:
Jak trafiłem do więzienia San Pedro?

Related Post