Indonezja – Lista kobiet do przerżnięcia przed śmiercią

Lista kobiet do zerżnięcia przed śmiercią

Czy mieszkałeś kiedyś w miejscu, w którym nieustannie coś cię budziło w środku nocy? Nieważne, czy była to chrapiąca partnerka, czy sąsiedzi wiercący dziury w ścianach o trzeciej w nocy. Znasz to uczucie? Też przez to przechodziłem. Męczyłem się jak diabli. Do momentu, w którym postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce.


Poranne zwyczaje

pole na Bali

 
Nadal mieszkałem w chatce wynajętej od kolesia, który wyglądał jak morderca. Od czasu, gdy obsrał mi kibel, żyliśmy w harmonii. Zaraz za moim domkiem zaczynało się pole ryżowe. I codziennie, mniej więcej około szóstej nad ranem, jakiś facet wychodził na środek tego poletka i śpiewał piosenki do mikrofonu. Brzmi absurdalnie, ale tak było.
 
Dlaczego to robił? Po pierwsze, żeby odgonić ptaki z pola. Po drugie, facet był muzułmaninem i to była jakaś modlitwa. Nic nie pomagało. Zawsze go słyszałem. Mogłem napchać sobie waty do uszu albo zakleić bębenki butaprenem – nadal mnie to budziło. Co gorsza, po jakimś czasie, mniej więcej dwie minuty po facecie z mikrofonem, wychodził kolejny gościu – tym razem śpiewający hinduistyczną przyśpiewkę. Rywalizowali ze sobą.

Na Bali panuje hinduizm, ale na sile przybiera islam. Tak więc dwaj poranni piosenkarze zwalczali siebie nawzajem. Jednego dnia ten pierwszy przyszedł dwie minuty przed drugim, by dzień później ten z hinduistycznymi śpiewami zaczął kilka minut przed tamtym. Gdy się wprowadzałem, kolesie zaczynali rzępolić około szóstej rano. Przesuwali tę porę codziennie co kilka minut i w końcu zaczynali grać o czwartej w nocy. Moje wkurwienie wykraczało poza ramy znane homo sapiens. Ale nigdy nie przełamałem się, żeby pójść na pole i rozpędzić to śpiewające bydło.


Lista kobiet do przerżnięcia przed śmiercią

 
Wstawałem więc wcześnie rano i wsiadałem na skuter. Jadąc do roboty, minąłem po drodze Candymana na skuterze. Gdy tamtego dnia dojechałem do biura, Niemka pracująca kilka stanowisk ode mnie właśnie wychodziła.

Candyman na Bali

– Hej, Tony – zagadała. – Jadę do Uluwatu. Nie chcesz zabrać się ze mną?
– W sumie dlaczego nie!

I teraz pewnie myślisz, że pojechałem z nią tylko po to, żeby wydymać ją na miejscu. Prawdę mówiąc, przeszło mi to przez myśl. Tę Niemkę traktowałem jak koleżankę. Dla pewności zerknąłem na kartkę, na której spisałem sobie listę rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Każdy ma własną bucket list. Ja swoją trochę ulepszyłem, tak żeby spełniała moje potrzeby i plany życiowe.

Lista kobiet do zerżnięcia przed śmiercią:

1. Karlica
2. Murzynka
3. Garbata
4. Matka przyjaciela
5. Przyjaciółka matki
6. Beznoga
7. Trójkąt z dwiema karlicami
8. Koń
9. Była wroga
10. Laska bez głowy (z czego po jakimś czasie się wycofałem, bo nie zrobiłaby laski…)

Uluwatu na Bali

Nie było na liście Niemki. A nie miałem ochoty na przygodny seks, który nie będzie przy okazji spełnieniem moich marzeń. Traktowałem ją więc jak zwykłą dziewczynę. Gdyby upierała się na seks – odmówiłbym. Na wszelki wypadek uwaliłem sobie spodenki w keczupie. Po drodze podjechałem do sklepu, gdzie na jej oczach kupiłem tampony. No i miałem ją z głowy.

Wsiedliśmy na skutery i pojechaliśmy do Uluwatu. Jest to mekka surferów na Bali. Większość młodych Australijczyków przyjeżdża tam po to, żeby się polansować. Rzeźbią swoje ciała przez cały rok w Australii. Potem jadą na Bali prezentować muskulaturę, podgolić nogi, opalić się, no i posurfować. Popluskaliśmy się w wodzie i władowaliśmy się na taras widokowy. Tam zamówiliśmy po kilka piwek.
 
Niemka była wyluzowana jak na niemieckie standardy. Ale – podobnie jak wszyscy Niemcy – nie miała poczucia humoru. Nawet spróbowałem jej opowiedzieć kawał.


Kawał o Niemcach

– Wiesz, Tina – zacząłem. – Jakiś czas temu, gdy jeszcze mieszkałem w Polsce, wszedłem do swojego pokoju i zobaczyłem dwójkę dzieci huśtających się na czymś przyczepionym do sufitu. Od razu zareagowałem! I powiedziałem: „Słuchajcie, dzieci, nie po to wasz dziadek się powiesił, żebyście się na nim huśtały!”.

Nie zaśmiała się… Postanowiłem więcej nie mówić nic śmiesznego. Ona natomiast zaczęła gadać jak najęta. Jedna z historii mocno zapadła mi w pamięć.


Jedzenie psa na Bali

 
– Na zachodnim wybrzeżu Bali jest taka okrutna tradycja. Jedzą… – westchnęła – …psy!
– Na surowo? Czy wędzą je? – zapytałem.
– Nie. To jest cały rytuał. Na pewno chcesz o tym słyszeć?
– Skoro już zaczęłaś.
– Na początku głodzą psa przez tydzień. Zaraz potem dają mu wieprzowinę, którą pożera bez opamiętania. Gdy się naje, zabijają go. Wyciągają psu żołądek, który jest wypełniony niestrawioną jeszcze świnią, i smażą to!
– JA PIERDOLĘ! Brak mi słów. Jak tak można! – zawołałem w niebiosa. – Przecież dookoła psiej głowy jest najlepsze mięso!
– Teraz ty mi coś opowiedz.
– Jesteś na to gotowa?
– Dawaj.


Wycieczka do Zakopanego


– Gdy miałem siedemnaście lat – zacząłem – wybraliśmy się na wycieczkę szkolną w góry. Plan zakładał, że jedziemy bezpośrednio do Zakopanego. To taki kurort w polskich górach. W drodze powrotnej mieliśmy zahaczyć o Oświęcim. To miejsce chyba znasz.

Przytaknęła głową.

– Czyli jeszcze raz. Najpierw jedziemy w góry, w drodze powrotnej – do obozu, żeby zwiedzić to przygnębiające miejsce. Usiedliśmy na tylnych miejscach. Po godzinie jazdy zaczęliśmy się nudzić. Jeden z nas wyjął tytkę z prochem.
– Oho, zaczyna się – skomentowała.
– Wciągnęliśmy linię. Gdy zbliżaliśmy się do Śląska, połknęliśmy jeszcze po pigule. Rozłożyliśmy się jak cyrk na polu. W pewnym momencie przez mikrofon usłyszeliśmy nauczycielkę: „Moi drodzy, zbliżamy się do Jaworzna, ale pan kierowca zaproponował zmianę planu. Zamiast odwiedzić Oświęcim w drodze powrotnej, zajedziemy tam teraz”.
– O BOŻE! – Złapała się za głowę.
– Żebyś wiedziała… Zamarliśmy z przerażenia. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Mieliśmy mniej do powiedzenia niż aktor grający cuckolda, gdy żona zapytała go, jak minął mu dzień. Już widziałem nagłówki gazet, jak to wyjdzie na jaw. Uwalą nas, aż miło. Kuratorium, prokurator, a potem pewnie poprawczak. W zasadzie moglibyśmy już zacząć siedzieć w ciemnych szafach, by przyzwyczaić się do izolacji.
– I co było dalej?
– Po początkowym szoku ogarnęliśmy się trochę. Każdy założył ciemne okulary. Ustaliliśmy, że nie będziemy się odzywać. Jedyne, co nam wolno, to chodzić z rękoma założonymi za plecami. Najlepiej z zatroskaną miną. Ale był z nami taki Radek, który nie wpisał się w plan. Chodził za przewodnikiem i zadawał masę pytań. „A ile było ton włosów?” czy „A te buty jakie miały podeszwy?”. Od razu było widać, że coś jest nie tak. Nauczycielki zaczęły coś niuchać. Czasami wchodził do przypadkowych budynków i machał z otwartego okna, wołając „Siema! Tutaj mają prysznice. Wbijajcie”.
– I jak się to skończyło?
– Spoko. Nikt się nie zorientował. Ale było blisko klęski.


Pojedynek na polu

 
Posiedzieliśmy przez następną godzinkę, opowiadając sobie kolejne historie z życia. Po zachodzie słońca wskoczyliśmy z powrotem na skutery i wróciliśmy do Ubud. Całe szczęście, że po drodze nie złapała nas policja na Bali. Niemka wspominała, że to prawdziwi skurwiele. Gdy dojechaliśmy na miejsce, poszliśmy do baru na jeszcze jednego drinka. Zawsze tak się to nazywa. Gdy skończyliśmy, była trzecia nad ranem…

Miałem do wyboru albo iść spać, albo poczekać ze dwie godziny i przyłapać facetów z pola na śpiewaniu. Wiedziałem, że jest tylko jedno wyjście i taka okazja może się nie powtórzyć. Pójdę na to pole z kosą, obetnę im głowy i będzie kupa zabawy! Zacierałem ręce…

Żeby zabić czas, zanim wyjdą śpiewać, odpaliłem neta i wszedłem na fora dla karlic. Być może planowały jakieś walne zgromadzenie. Ani się obejrzałem, a z pola dobiegły pierwsze śpiewy. Poderwałem się z miejsca, chwyciłem za miotłę, założyłem bluzę, zaciągnąłem kaptur na głowę i wybiegłem prosto na pole.


Inkwizycja

– Aaaaaaaa… Inkwizycja, kurwa! – wrzeszczałem.

Facet ledwo się rozstawiał, a ja biegłem na niego zakapturzony z miotłą w ręku. Był to chyba najbardziej komiczny widok, jaki dane mi było oglądać. Puste pole i samotny człowiek z megafonem rodem z procesji, śpiewający piosenki w głuchą przestrzeń. Gdy tylko mnie zauważył, od razu zaczął się zwijać. Zanim przedarłem się przez rośliny, facet był już daleko przede mną.

Co ciekawe, nigdy więcej nie widziałem go na tym polu. Może dlatego, że następnego dnia przeniosłem się w inne miejsce.

Postanowiłem wrócić do siebie do domku i pobuszować po forach dla karlic. Bo przecież nigdy nie można rezygnować z marzeń. To, że coś się nie dzieje teraz, nie znaczy, że nigdy nie nastąpi…


Aż 60 historii, których nie ma na blogu. Wysyłka w 48 godzin!

Książka czarny humor ironia sarkazm

—-
Następna historia:
Wulkan Mount Rinjani