Indie – Jedzenie w Indiach

21 września 2016 Dwójka, Indie 38 komentarzy
Jedzenie w Indiach

Siedziałem na dworcu w Agrze w oczekiwaniu na kolejny pociąg. Okazało się, że przyjechałem na czas, ale mój pociąg już dawno temu odjechał. W Indiach pociągi mogą być przyspieszone. Pojawiasz się na dworcu o czasie, a okazuje się, że o godzinę za późno. Dzieje się tak dlatego, że podróże trwają po kilkadziesiąt godzin. Trasa zaczyna się u stóp Himalajów, by skończyć bieg nad brzegiem Oceanu Indyjskiego. Pozycję pociągu można śledzić w necie. Dowiedziałem się o tym za późno. Musiałem zaczekać na kolejny.

Umościłem się wygodnie na ławkach. Obok mnie usadowił się starszy facet, a po drugiej stronie – matka z dziećmi. Wszystkie maluchy okrążyły kobietę. Ta trzymała w dłoni telefon. Oglądali najwidoczniej jakiś filmik. Pewnie bajkę. Z przejęciem, pasją i pełną powagą. Wreszcie jedno dziecko wypaliło:

– Mamo, czy ta pani umrze?
– Sądząc po rozmiarze fiuta tego konia, myślę, że tak – odpowiedziała ze spokojem matka.

Spikerka zaczęła nawoływać ludzi, by odsunęli się od krawędzi peronu. Po chwili na dworzec wtoczył się pociąg. Podniosłem plecak. Wszedłem do pociągu. Ruszyliśmy. Nagle poczułem, jak zaczęło mnie skręcać w brzuchu.


Jak wyobrażałem sobie Indie?

 
Zanim przyleciałem do Indii, spodziewałem się, że większość czasu przesiedzę na kiblu. Hinduskie jedzenie nie ma dobrego PR-u. Zjesz kilka gryzów, popijesz wodą – i zasuwasz do klopa. Taki Egipt na sterydach. Jeśli ktoś jadł ichniejsze jedzenie, to doskonale wie, że nie zawsze trafia się najświeższe. Idąc tokiem myślenia Forresta Gumpa, hinduskie jedzenie jest trochę jak pudełko czekoladek…

Przed pierwszą podróżą pociągiem zdecydowałem się zrobić małe zapasy. Wywaliłem z torby niepotrzebne ciuchy, nowego Maca i szmaragdy warte kilka milionów dolarów… Stworzyłem miejsce dla czegoś bardziej przydatnego. Bez czego podróż po Indiach byłaby niemożliwa. Kupiłem kilometr papieru toaletowego. Gdy plecak był wypchany po brzegi, nawinąłem ze 100 metrów dookoła rąk i głowy. Odetchnąłem z ulgą. Byłem przygotowany na najgorsze.

Już po wyjściu z dworca w Jaipurze doleciały do mnie podejrzane zapachy. „Wdepnąłem w gówno?” Sprawdziłem pod podeszwami. Czysto. Obejrzałem dookoła plecak. Ani śladu po gównie. Obróciłem się przez ramię. Spojrzałem na innych turystów wychodzących z dworca. Każdy jeden sprawdzał swoje podeszwy. Wychodziło na to, że z dmuchawy nad salą odpraw wiało gównem. Tak by przyzwyczaić turystów do reszty kraju.

Nie to było najgorsze. Każda podróż pociągiem kończy się najmniej przyjemnym momentem, jaki może spotkać zachodniego turystę. Zaraz za halą dworca czekają taksówkarze. Te parszywe skurwiele nie dają spokoju. Mogłem w kółko powtarzać, że nie potrzebuję tuka, ale ci się nie poddawali. Nic na nich nie działało. Nawet Raid na karaluchy.

Zameldowałem się w hostelu i wyszedłem poznać okolicę. Połaziłem tu i tam, gdy wreszcie zgłodniałem. Podszedłem do sklepu z ubraniami, żeby zapytać o drogę.


W restauracji

Połaziłem tu i tam, aż wreszcie zgłodniałem. Pomaszerowałem wzdłuż ulicy i znalazłem restaurację. Wszedłem po schodkach, będąc nadal w ogromnej trwodze przed nierokującą sraką. Sprawdziłem, czy mają toalety. Mieli. Tyle że ktoś okupował jedyną działającą. Ukucnąłem tak, żeby spojrzeć pod drzwi. Gdyby ktoś w tym czasie wyszedł, dostałbym w łeb. Jedyne, co zobaczyłem, to opuszczone na butach spodnie. Gdy się podnosiłem, ktoś ze środka mnie usłyszał. I w tym samym momencie zaczął stękać jak cały świat po zamachach w Paryżu. Nie mogłem ryzykować jedzenia, gdy droga do kibla nie była czysta. W myślach widziałem samego siebie, jak zaledwie po kilku kęsach stoję ze skrzyżowanymi nogami i pośladami przed kabiną. Waląc w drzwi z całej siły.


Zajęte

Pomaszerowałem wzdłuż ulicy i znalazłem restaurację. Wszedłem po schodkach, będąc nadal w ogromnej trwodze przed dramatyczną i niekoleżeńską sraczką. Sprawdziłem, czy mają toalety. Mieli. Tyle że ktoś okupował jedyną działającą. Ukucnąłem tak, żeby spojrzeć pod drzwi. Gdyby ktoś w tym czasie wyszedł, dostałbym w łeb.

– Błagam! Dłużej nie wytrzymam! Ratunku!!!

Ani myślałem jeść bezpośrednio na klopie. Odczekałem chwilę, ale facet nie wychodził. Wyszedłem więc przejść się tu i ówdzie. Postanowiłem wrócić, gdy tylko zwolni się sracz.

Po czterdziestu minutach włóczenia się po mieście byłem z powrotem w restauracji. Minąłem kelnera i skierowałem się prosto do kibla. Drzwi nadal były zablokowane. Aż bałem się pod nie zaglądać. Tam mogłem się spodziewać wszystkiego. Nawet zaginionej rodziny Bogdańskich jedzących pożywną zupę. Schyliłem się, żeby spojrzeć pod spód. Te same buty, te same spodnie. Po chwili znów stękał. Tym razem głębiej. Tak gardłowo.


Kelner i pracownik

Wróciłem do kelnera.

– Kto, do cholery, tak długo tam siedzi?
– To mój pracownik. Boli go brzuch.
– A dlaczego pozostałe nie działają?
– Mam tylko jednego pracownika.
– Pytałem o kible.
– Popsuły się spłuczki.
– Aha…

Nie uwierzyłem w to. Facet okupujący kibel widocznie migał się od roboty. Ale to też wydało się niedorzeczne. Czy był tak mocno przygnębiony w robocie, że spędzał dodatkowy czas na kiblu? Tak, by oszukać zegar… Ludzie dookoła walili śmierdzące kłody, a jego to nie ruszało. Wszystko, by wymigać się trochę od roboty. „A srajcie sobie. Ja się nie ruszam” – twierdził.

Nie mogliby go zwolnić. Chyba że kibel był niesprawny i właściciel celowo zatrudnił słupa, by na nim wysiadywał. Ale to nie miało sensu. A może wydawało mu się, że jedzie pociągiem? Może nie kupił biletu?


Wyzwanie

 
Byłem już na tyle głodny, że nie było wyjścia. Nie jadłem od kilkunastu godzin. Zaryzykowałem i zamówiłem masala dosa. Podziabałem trochę i poczułem pierwsze zamieszanie w żołądku. I tak siedziałem ze spiętymi pośladami w trwodze o to, żeby nie skasztanić się w portki. Podszedł do mnie kelner.

– Jak smakuje panu nasza masala dosa? – zapytał.
– Cóż… Dupy nie urywa.
– Cierpliwości!

Po czym odszedł od stolika z uśmiechem szaleńca na twarzy.

szaleniec

strach w Indiach

Zacząłem panikować. Czułem, że jestem jedną nogą w grobie. To był koniec. Na moim czole pojawiły się pierwsze krople potu, tętno niespotykanie podbiło, a w głowie szalały miliony myśli. Wspomnienia znajomych, dzieciństwo, radosne chwile z bliskimi… Lada moment miała pojawić się nawałnica. Przed przylotem do Indii dowiedziałem się, że Hindusi często podtruwają swoich klientów. Głównie turystów. Wszystko po to, żeby sprowadzić lekarza i wyłudzić pieniądze z ubezpieczenia. Dlaczego ja? Ratunku!


Jedzenie w Indiach

Jeśli spodziewasz się, że posrałem się w portki i utonąłem w morzu gówna – zawiodę cię. Nic się nie stało. Jedzenie w Indiach jest smaczne i bezpieczne. Owszem, zdarzają się przypadki zachorowań i obsranych portek. Ale to przez nierozwagę turystów, brudną wodę, wiry na Odrze czy brak higieny. Gdy po posiłku chodzą karaluchy – nabierz podejrzeń. Zwróć uwagę, dokąd idą i czy mają brązowe blaszki. Jeśli tak, możesz dokończyć posiłek.

Jeśli po pierwszym kęsie poczujesz, że gryziesz szczura – odstaw posiłek. W Indiach i tak niewiele to kosztuje. A tak przy okazji, to kiedy ostatni raz miałeś okazję jeść węgiel aktywny? Czy nie będzie to wspaniała okazja, by odświeżyć sobie jego smak? Węgiel to samo zdrowie. Może poza jednym aspektem, o którym rzadko się mówi. Bo czym jest węgiel? To sprasowane szczątki zmarłych górników, których ciała rozkładały się przez tysiące lat. Umarli z braku tlenu, a ich ciała uległy rozkładowi, tworząc masę organiczną.


Południowe Indie

Jedzenie w południowych Indiach jest naprawdę smaczne i bezpiecznie. Owszem, zdarzają się przypadki zachorowań i obsranych portek. Ale to głównie przez nierozwagę turystów, picie brudnej wody, wiry na Odrze czy brak higieny. Jeśli zaczniesz coś przeżuwać i w trakcie jedzenia czujesz, że coś jest nie tak – odstaw posiłek. W Indiach i tak niewiele to kosztuje. Gdy widzisz, że twój posiłek pokrywa mech, a muchy tańcują po nim jak dwa Michały – rozważyłbym jedzenie.

 No i najważniejsze: jeśli mięso ma stęchły zapach – nie wahaj się, tylko jedz. I tak mamy problem z przeludnieniem, więc po co dokładać się do problemu…


Lubisz czarny humor? Chcesz więcej historii? Kup sobie książkę!

Książka czarny humor ironia sarkazm


Następna historia:
Wszystkie czuby świata