Indonezja – Wulkan Mount Rinjani

Mount Rinjani Lombok

To był dzień jak każdy inny. Siedziałem na ławce przed moją chatką, zastanawiając się, jak kadłubek myje głowę. W tamtym czasie na moje konto wpłynęła pokaźna sumka pieniędzy. Większość z tej kasy sumiennie wydałem na dziwki i alkohol. A resztę… Ech, aż wstyd się przyznać. Przepuściłem na głupoty…


Mount Rinjani w Indonezji

 
Mimo wszystko wygospodarowałem trochę środków na wycieczkę, która już od dawna chodziła mi po głowie. Chciałem wejść na Mount Rinjani na wyspie Lombok. To drugi najwyższy wulkan w Indonezji, pnący się na 3726 m n.p.m. Pół roku wcześniej wdrapałem się na Kilimandżaro (5895 m n.p.m.), więc taki mały wulkanik nie robił na mnie wrażenia. Myślałem nawet, żeby rzucić sobie wyzwanie i wspiąć się na niego z dwiema zakonnicami i proboszczem na barana. Albo tyłem. Ale odpuściłem…
 
rinjani
 
Gdy nadszedł weekend, spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy, zatankowałem skuter do pełna i ruszyłem w drogę. Planowałem dojechać do portu Padang, zlokalizowanego na wschodnim wybrzeżu wyspy Bali, skąd złapałbym prom na Lombok.


Niemcy

 
Przed zachodem słońca miałem zaklepaną trzydniową wycieczkę na szczyt wulkanu Mount Rinjani. Wylądowałem w grupie z siedmiorgiem Niemców. Dwiema kobietami i pięcioma facetami. Miało to swoje dobre i złe strony. Po pierwsze, lubię Niemców za organizację. Ale niezbyt za brak poczucia humoru. Od pewnego czasu stało się moją zasadą, że zawsze szukam sobie Niemców, jeśli sam jestem kompletnie niezorganizowany. Nieważne, czy jestem na lotnisku i nie mam noclegu, czy szukam transportu z miasta do miasta. Podłączę się pod Niemców, bo wiem, że oni już to sobie ogarnęli. Taką mają naturę, że zawsze wszystko planują od A do Z.

Zapewne na kilka miesięcy przed samym trekkingiem podzwonili po rodzinach przewodników, analizowali ich drzewa genealogiczne i sprawdzali, jaki mieli stan powideł śliwkowych w spiżarniach. Wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. Podłączając się pod Niemców, zawsze przychodziłem na gotowe. I nigdy się nie zawiodłem.


Dzień pierwszy

 
Podczas trekkingu Niemcy zaczęli swoje klasyczne wymienianie informacji. Nie przyznawałem się, że znam w jakimś stopniu niemiecki. Czekałem na moment, aż zaczną mi dogadywać, myśląc, że nie rozumiem.

Niemcy – i większość krajów Europy Zachodniej – zawsze patrzą na Polaków z góry. I tym razem nie było inaczej. Od razu chcieli się dowiedzieć, jak uzbierałem pieniądze na wycieczkę do Indonezji.

– Tony, czym się właście zajmujesz? – zapytała Niemka.
– Jestem wartownikiem w fabryce garnków i naczyń blaszanych.
– Serio pytam…
– Tak serio to od kilku lat zajmuję się tym samym. Jeżdzę po świecie i uprawiam seks z przypadkowymi kobietami. Przy okazji piszę blog o seksie. A o co chodzi?

Dziewczyna nie zripostowała. Patrzyła tylko na mnie z szeroko otwartą gębą. A ja odpowiedziałem jej uśmiechem. Zakładam, że i tak w to nie uwierzyła. I wcale nie dlatego, że moja praca brzmiała nieprawdopodobnie. Kobiety z jakichś powodów nigdy do końca nie wierzą w to, co im się mówi. Choćbym był niepoprawnie szczery i powiedział jej, jak wczoraj przeleciałem jej ojca i sąsiadów, to ona i tak w to nie uwierzy. Kobiety takie już są. One po prostu skłamałyby w ten sam sposób. Wszystko po to, żeby osiągnąć swoje cele.

Po dojściu na skraj wulkanu rozbiliśmy obóz, obejrzeliśmy zachód słońca i poszliśmy w kimę. Jedyne, czego brakuje na tego typu wycieczkach, to dobrej jakości konserwy. Wszystkie polskie typu Tyrolska czy nawet jebany paprykarz są sycące i nie psują się. A tymi indonezyjskimi nie dało rady się najeść. Po głębszej rozkminie doszedłem do wniosku, że tajemnicą sukcesu był skład. Bo w takim paprykarzu jest zmielone dosłownie wszystko! Ości, haczyki, zanęta, drobne rybaka, mały dziecięcy rowerek czy fragmenty kutra… Nie ma tylko ryby. Jakość żarcia wynagrodził nam widok z krawędzi wulkanu.
 
Mount Rinjani Lombok Zachód Słońca

 

Dzień trzeci

 
Przez pierwsze dwa dni wszystko szło świetnie. Dopiero ostatniego się pokomplikowało. Obudziliśmy się o trzeciej w nocy, żeby zaatakować szczyt jeszcze przed wschodem słońca. Wszystko niesamowicie przypominało mi wejście na Kilimandżaro, które opisałem w książce „Bunkrów Nie Ma”. Zimno, ciemno i – jak się zaraz okaże – niesamowicie trudno.

Przez pierwsze pięćset metrów było bardzo stromo, ale podłoże pozwalało się posuwać do przodu. Prawdziwa rzeźnia zaczęła się na samym końcu. Wydeptana ścieżka zmieniła się w stertę osuwających się kamieni i wyschniętej magmy wulkanicznej. Wspięcie się choćby na kilka metrów pod górę zajmowało całe wieki. Wyobraź sobie, że próbujesz postawić dwa kroki do góry, a zaraz potem zjeżdżasz w dół po kamieniach. I wracasz do punktu wyjścia, czasem niżej. I tak przez czterysta metrów. Czułem się jak Syzyf, który podejmuje kolejne próby wejścia do góry.
 
Czy trudno wejść na Mount Rinjani
 
Po dwóch godzinach ciągłego zjeżdżania po kamieniach czułem się bezsilny. Nie miałem ochoty dalej wspinać się pod górę. Podstawowym bodźcem do działania jest poszukiwanie przyjemności na każdym kroku. Wszystko przy równoczesnym unikaniu bólu. Dlaczego zatem celowo narażałem się na cierpienie? W moje myśli wkradło się zwątpienie, a to był bardzo zły znak.

Jednak fakt wejścia na Kilimandżaro podtrzymywał mnie na duchu. Fizycznie tamta góra mnie znokautowała. Wszedłem dzięki nadludzkiej sile woli, którą nie wiadomo skąd udało mi się wydobyć. Za każdym razem, gdy podejmujesz jakiekolwiek wyzwanie, jest taki mały człowieczek w głowie, który mówi ci, że „nie dasz rady”, „jesteś zmęczony”, „nie poradzisz sobie”. Kluczem do sukcesu jest zignorowanie tego małego człowieczka. I wtedy można o sobie mówić, że jest się silnym. Bo nie chodzi tutaj wcale o obwód w bicepsie, ale o siłę mentalną.

Opisałem to wszystko w książce, której recenzję znajdziesz tutaj: Recenzja książki Bunkrów Nie Ma.


Na szczycie

 
Gdy wdrapałem się wreszcie na szczyt, zza chmur wynurzyło się słońce. Wyjąłem z plecaka nagrodę i zdrowo pociągnąłem. To był wspaniały moment. Jeden z lepszych w moim życiu. Na równi z tym, gdy w przedszkolu wygrałem mazaki i nowy tornister. Wtedy było równie wyśmienicie.
 
Piwo wulkan Mount Rinjani Lombok
 
Gdy schodziłem, minąłem kilku grubasów, którzy poddali się przy próbie dalszej wspinaczki. Absolutnie mnie to nie zdziwiło. Bo jeden z nich był tak gruby, że do podcierania się musiał używać selfie sticka. Ach te grubasy jebane…


Powrót do obozu

 
Po zdobyciu wulkanu Mount Rinjani byłem zajebiście zadowolony. Żałowałem tylko, że nie trafiłem do drugiej grupy. U siebie w załodze miałem samych Niemców, w tym dwie paskudne nastolatki. A w sąsiedniej ekipie była Miss wulkanu Mount Rinjani. Blondyneczka, sympatyczny uśmiech, zgrabne ciało. Była tak piękna, że nawet gdyby była martwa, to chyba przez miesiąc bym ją jeszcze posuwał.

Zauważyłem, że odwija zawiniątko z plecaka. Wyglądało na jedzenie. Postanowiłem podejść i zagadać o byle co związane właśnie z tym jedzeniem. Przy odrobinie szczęścia może dopełniłbym ten wspaniały dzień, kończąc u niej w buzi. Moje pragnienia szybko zostały sprowadzone na ziemię, zaraz po tym jak z nią zagadałem. Okazało się, że dziewczyna była weganką, co automatycznie ją skreślało. Przez swoje jedzeniowe widzimisię nigdy by nie połknęła…


Szukasz prezentu dla przyjaciela? Może książka z dedykacją? Wysyłka gratis.

Książka Bunkrów Nie Ma Okładka


Następna historia:
Kobiety

Podobało się?