Brazylia – Jak zostać aresztowanym za posiadanie koksu?

Aresztowanie w Brazylii za koks

Naprawdę nie chciałem tam iść. Jedynym powodem, dla którego wybrałem się na tę imprezę, była piękna i delikatna kobieta imieniem Isabela. Flirtowałem z nią od kilku dni, a ponieważ była to jej ostatnia noc, nie chciałem przegapić okazji. I gdyby ktoś dzień wcześniej powiedział mi, że zostanę złapany z kilkoma gramami koksu w Brazylii, potraktowałbym to jak słaby żart.


Speedy Gonzales

 
Tamtego poranka obudziłem się, spojrzałem na zegarek i zobaczyłem, że zostało osiem godzin do imprezy. Praktycznie wszyscy goście w hostelu już rozpoczęli przygotowania.

Do Florianópolis przyjechał Paul van Dyk i jeszcze kilku innych DJ-ów z Europy, więc fani muzyki klubowej zacierali ręce w oczekiwaniu na prawdziwą bombę imprezową. Ja byłem sceptyczny. Nie miałem specjalnie nastroju do zabawy.

Najwięcej roboty miał Speedy Gonzales. Gościu był miejscowym dilerem i zaopatrywał w nielegalne używki cały region Barra da Lagoa. Tak naprawdę miał na imię Gonzales, ale z racji wykonywanego zawodu daliśmy mu przydomek Speedy. Speedy Gonzales. Facet umiał załatwić naprawdę dobry towar, ale po trochę wyższej niż zwykle cenie. Ze wzrokiem wbitym w widok z lobby hostelowego biłem się z myślami, czy nie załatwić też porcji dla siebie.

 
Barra da Lagoa Brazylia
 

W autobusie

 
Hostel zorganizował nam autobus, który wiózł nas w obie strony. Już po drodze, na ostatnich siedzeniach, kilku kolesi rozwinęło swoje małe samarki z białym proszkiem. Zanurzając końcówkę od klucza, testowali towar. W Ameryce Południowej nie zawsze używa się do tego zrulowanego banknotu. Czasami, gdy jest się pod presją czasu i nie ma możliwości stworzenia kilku solidnych kresek, wyjmuje się klucz, wkłada do samary z kokainą, dziobkiem nabiera małą porcję i potem siup bezpośrednio do nosa. Człowiek jednorazowo otrzymuje potężną bombę, oszczędzając przy tym czas, banknoty i dowód osobisty.

– Mam nadzieję, że nie zamierzasz do nich dołączyć – zwróciła się do mnie Isabela, wskazując na pociągających nosem kolesi z końca autobusu.
– Ależ nie. Jak bym śmiał. Brzydzę się narkotykami.
– I bardzo dobrze. Nie znoszę ich.
– To droga donikąd – kontynuowałem. – Zaczyna się od trawki, a kończy się na marihuanie.
– Dokładnie tak. A próbowałeś kiedyś?


Tony a narkotyki

 

Czułem się jak w kreskówce, gdy nagle główna postać zaczyna sobie coś przypominać. Wtedy nad głową pojawia się mała chmurka, a cały obraz się rozmywa. Do głowy powróciły mi wspomnienia, kiedy paliłem opium z sześćdziesięciopięcioletnim Staszkiem, kiedy zgubiłem się po grzybach w Laosie, kiedy zjadłem kwas z głuchoniemym w Argentynie, kiedy jadłem pizzę z dodatkiem zioła w Kambodży (tylko książka)… I wiele innym momentów, w których wkraczałem na nowy poziom świadomości. Nagle chmurka się rozpłynęła, a ja wróciłem myślami do centrum wydarzeń.

– Nie próbowałem. Boję się.


Impreza

 
Gdy wkroczyliśmy na imprezę, od razu poczułem, że to nie bardzo mój klimat. Trzeba było jeszcze kupić bransoletkę, na którą nabijało się kredyty. Potem przez przyłożenie tej bransoletki do czytnika można było kupić alkohol. Usprawniało to cały system dystrybucji gorzały po klubie i eliminowało kolejki, za którymi tak przepadają Brazylijczycy.

Trzymałem się cały czas Isabeli, bo to dla niej się tam znalazłem. Zacząłem się nudzić. W pewnym momencie odłączyłem się pod pretekstem pójścia do klopa. Gdzieś w tłumie natrafiłem na wyraźnie już skoksowanego Fina.
– Mam pytanie. Dobry ten koks? – zapytałem.
– Czy dobry? Stary, to jest taki towar, dla którego nawet Kriszna zostałby złym chłopcem.
– Nie chciałbyś się trochę podzielić? Wiesz, chodzi mi o jedną kreskę, żeby rozgonić chmury, żadne tam ordynarne ćpanie.
– Ten proszek jest drogi. Mogę ci po prostu odsprzedać jeden worek. Jutro oddasz mi forsę.
– Zgoda. Chodźmy do kibla.


W kabinie

 

Weszliśmy we dwóch do kabiny, nasypaliśmy dwie bardzo długie kreski i przyłożyliśmy banknot do dziurki od nosa. Wciągnąłem pierwszy, a za mną Fin, który zrobił to tak łapczywie, że mało nie wchłonął całego banknotu.
Wyszliśmy z kabiny i skierowaliśmy się w stronę parkietu. Po kokainie człowiekowi wydaje się, że jest królem imprezy. Panem życia. Niezniszczalnym i wszechwładnym. Zaczyna płynąć z prądem wszystkiego, w czym właśnie uczestniczy. Isabela zapadła się pod ziemię i mimo starań nie odnalazłem jej.

Po godzinie poszliśmy poprawić na drugą dziurkę. Tym razem było nas trzech. Brazylijczyk, Fin i ja. Wchodząc do klopa, zauważyłem ciecia, który nie ruszając się i nie odzywając, skanował ludzi od stóp po głów. Zignorowaliśmy go i we trzech załadowaliśmy się do jednej kabiny. Miał do nas dołączyć Amerykanin, ale się nie zjawiał. Nie wiem, na co ten gościu liczył. Może na to, że wyrwiemy deskę z klopa i trzymając ją w ręku, przejdziemy przez cały klub?

 
Kokaina
 

Spisaliśmy Amerykańca na straty i posypaliśmy trzy długie jak wąż kreski. Wszystko na zamkniętej desce klozetowej. Fin zaczął nawet leciutko tańczyć. Pierwszy byłem ja, więc uklęknąłem i jednym długim susem wciągnąłem swoją porcję. Tak mnie zakręciło, że aż poleciała mi łza.

I właśnie wtedy ktoś zaczął walić pięściami w drzwi. To zwiastowało początek kłopotów.


Pojmanie

 
– Otwierać, kurwa! – wrzeszczał ktoś zza drzwi. – Bo wyważymy drzwi! BUM! BUM! BUM!
– O kurwa, ochrona! – krzyknął rozdygotany jak galareta Fin.

Nie było najlepiej. Spojrzeliśmy na siebie z przerażeniem. Fin złapał się za głowę, a Brazylijczyk stał zmrożony. Podszedłem pod kibel i zdążyłem tylko machnąć ręką w celu zrzucenia koksu na podłogę. Swój worek z kokainą władowałem do kosza na śmieci, który stał zaraz obok sedesu.

Chwilę potem drzwi z wielkim hukiem oderwały się od zawiasów. Czterech potężnie zbudowanych ochroniarzy wtargnęło do środka.

– Wszyscy pod ścianę. Wyskakiwać ze wszystkiego, co macie!
Zrobiło się ogromne zamieszanie i szamotanina. Jeden ochroniarz wyrwał Finowi z ręki dwugramowy worek kokainy. Kolejny typ podszedł do mnie i bez słowa zaczął przeszukiwać mi kieszenie. Podniosłem ręce. Gościu po dość szybkiej rewizji spojrzał mi prosto w oczy, a potem w górę na moje dłonie.
– A ta ręka? Od czego taka biała? – zapytał ochroniarz.
– Jak to: biała?


Ręka w koksie

 

Gdy tylko to zobaczyłem, skumałem, co jest grane. To zostało z tego zrzucania koksu na podłogę. Od małego palca prawej dłoni po sam łokieć byłem ubabrany w koksie. Udupiłem się. Dowody miałem na sobie.
Wyglądałem, jakbym właśnie skończył robić ciasto na pierogi. Brakowało mi fartucha. W zasadzie, gdybym miał ze sobą zestaw garnków Zepter i wałek do ciasta, jeszcze bym się z tego jakoś wywinął. Tylko co ja, kurwa, miałbym robić na imprezie z garnkami? Nie mogłem tego jakoś połączyć. W każdym razie nie miałem jebanych rondli, więc chcieli nas aresztować.

Wyprowadzili nas z ubikacji i trzymając za kark, zapędzili w korytarz. Idąc częściowo przez klub, budziliśmy olbrzymią sensację. Ludzie zrobili nam szpaler, a laski wytykały nas palcami. Po kilku krokach korytarzem otworzyli drzwi do pokoju bez okien i wrzucili tam mnie i Fina. Brazylijczyka zabrali ze sobą, prawdopodobnie na przesłuchanie. „Ja pierdolę. I znowu mnie aresztują w Brazylii” pomyślałem. „Jaki ja jestem, kurwa, głupi!”
Zaczęliśmy obaj chodzić po pustym pokoju. Chyba dla rozładowania emocji. Kręciłem się w kółko jak gówno w przeręblu. Nie było tam żadnych luster, więc raczej wykluczyłem, że jest to normalny pokój przesłuchań. Nikt nas nie obserwował.

– Dobra – powiedziałem do Fina. – Siadaj tu. Musimy na szybko ustalić jakieś zeznania.
Fin usiadł naprzeciwko mnie, ale nie odezwał się choćby słowem. Miał na twarzy wymalowane przerażenie.
– Teraz mnie posłuchaj. Pod żadnym pozorem nie możesz wydać Speedy Gonzalesa. Przygotuj sobie rysopis innego faceta. Najlepiej opisać jakiegoś twojego kumpla z Finlandii, wtedy nie będziesz się plątał w zeznaniach. Przygotuj sobie całą historyjkę. Jak do ciebie podszedł, gdzie i o czym mówił. I trzymaj się tego, że to na własny użytek. Za handel mogliby nas nawet wsadzić.

– Jak ja się boję. Jezu! Trafimy do puchy!
– Ja też się boję. Płyniemy tą samą łódką. Ale co się stało, to się nie odstanie. Pomyślmy, jak się z tego wyplątać.


Ugoda

 
Po dziesięciu minutach udało nam się stworzyć krótką historyjkę. Brzmiała trochę nieprawdopodobnie, ale powinna wystarczyć. Ochroniarze może i byli głupi, ale przecież wszystko ma swoje granice. Musieliśmy zachować pewną dozę realizmu.

Na nic zdała się nasza historia, bo otworzyły się drzwi i wprowadzili Brazylijczyka. Jego wyraz twarzy budził nadzieję.


Finowa zachłanność

 

– Słuchajcie, panowie. Dogadałem się z nimi.
– Co ugadałeś? – zapytaliśmy równo z Finem.
– Nic nam nie zrobią. To znaczy nie zawiadomią policji. Ale zabiorą nam bransoletki. Bez możliwości zwrotu pieniędzy. Zostaniemy wyrzuceni z klubu, no i oczywiście wezmą koks.
Odetchnąłem z ulgą. Dwóch ochroniarzy wskazało nam drogę do wyjścia przez zaplecze. Tam zdjęli nam bransoletki i z trzaskiem zamknęli drzwi. Usiedliśmy we trzech na małym trawniku i odpaliliśmy po papierosie.
Gdy oswoiliśmy się z tym, co przed chwilą się stało, Fin zaczął układać w głowie plan. Nosił się z zamiarem odbicia swojej porcji, o czym nas poinformował. Był taki smutny, że zabrano mu ten koks, jakby ktoś zastrzelił z łuku jego matkę.
– Janne, uspokój się. Ciesz się, że to się tylko tak skończyło.
– Ale wiesz, jaki to był dobry koks… – wyjąkał.
– Wiem, ale to nieważne. Pogódź się z tym, że go nie dostaniesz, i już.


Fin

 
Fin jednak nie dawał za wygraną. Ponieważ zostały nam dwie godziny do autobusu powrotnego, trzeba było coś robić. Siedzieliśmy na trawie i jaraliśmy fajki.

Wreszcie przyszedł do nas ochroniarz z pytaniem, czy chcemy wrócić do klubu na godzinę imprezy – za sto pięćdziesiąt złotych. Fin zaczął swoje negocjacje w sprawie koksu. Nie udało się, wziął sobie taksówkę do hostelu. Nie wiem, co on kombinował, ale z telefonem przy uchu zostawił nas na tym trawniku.

Razem z Brazylijczykiem nie wróciliśmy już do klubu, ale przynajmniej się wyjaśniło, dlaczego nie chcieli nas oddać w ręce policji. Ostrzyli sobie pazury na nasz hajs. Chcieli nas jeszcze zerżnąć z całej kasy. Odmówiliśmy powrotu.
Minęła kolejna godzina i ludzie zaczęli wyłazić z klubu. Niektórzy wręcz się czołgali. Kilku facetów chciało się bić. Nie w takim stopniu jak w Polsce przed klubem. Może dlatego, że w Brazylii nie obowiązuje coś takiego jak wpierdol? Tu ludzie do siebie strzelają. Ale ochrona działała dość sprawnie. W błyskawicznym tempie zapanowała nad sytuacją.


Isabela

 
Wreszcie z klubu wyszła Isabela, obżerając się hot dogiem. Wszystko tłumaczyłem sobie tym, że chce się doładować przed nocą ze mną. Ja już się dostatecznie doładowałem. Wsiedliśmy do autobusu. Nie mogłem siedzieć koło niej, bo jakiś baran zajął moje miejsce i od razu zasnął. Poszedłem na tył, gdzie ktoś jeszcze pił wódkę. I tak jechaliśmy, śmialiśmy się, a ja snułem plany na upojną noc z Brazylijką.

Gdy tylko wyszliśmy z autobusu, zobaczyłem, jak Isabela cała się trzęsie, jakby miała się zaraz rozlecieć. Nie byłem pewien, czy to z zimna, czy po prostu ze słabego krążenia krwi. Ode mnie buchało ciepłem jak z pieca na tankowcu. Podszedłem więc do niej, próbując ją objąć i przytulić. Odepchnęła mnie.


Zła Isabela

 

– Mówiłeś wcześniej, że jesteś przeciwny narkotykom, że to samo zło! – krzyczała na mnie Isabela. – A teraz się dowiaduję, że mało cię za te narkotyki nie aresztowali! Ty podła świnio!
– Nie wiem, co mam ci powiedzieć. Może po prostu nic nie będę mówił, tylko cię przytulę. Będzie ci to przeszkadzać?
– Tak, będzie mi to przeszkadzać! – rzuciła Isabela. – Mój poprzedni związek rozpadł się, bo mój facet był od nich uzależniony. Okłamałeś mnie. Ja idę spać. Nie chcę cię znać!
– Uwierz mi, że ja nie mam z tym problemu. Spróbowałem tego drugi raz w życiu. Jestem rozsądnym człowiekiem. Ale rób, co chcesz.

W tym samym momencie zza autobusu wyskoczył Fin idący obok Speedy Gonzalesa.

– O! Kogo ja widzę – powiedział Fin. – Tony! Przyjacielu! Dawaj do mnie na górę, bo mam czary-mary, które odetkają twój pozapychany nos…
– Janne – odparłem. – Wybrałeś najgorszy z możliwych momentów.
Isabela rzuciła mi spojrzenie przepełnione rozczarowaniem, odepchnęła mnie i skierowała się w stronę swojego pokoju. Instynktownie czułem, że wróci za dziesięć minut. Usiedliśmy z Finem w lobby hostelowym. Nie było zbyt wiele do roboty i żaden z nas nie miał ochoty na sen.


Szachy

 
Po dwóch minutach milczenia Fin wskazał tylko palcem na schody. Chwilę potem wtarabaniliśmy się na piętro. Tam wciągnęliśmy po kresce. Wróciliśmy na dół i wdaliśmy się w jedną z tych dyskusji, które w tym momencie wydawały się niesamowicie ważne. Moglibyśmy gadać o okresie godowym delfinów butlonosych albo o wpływie zorzy polarnej na rozwój kolarstwa górskiego w Chinach. Wszystko było interesujące.

W lobby znaleźliśmy szachy. Rozstawiliśmy figury i z wielkim skupieniem analizowaliśmy każdy ruch przeciwnika. Pochłonęło mnie to do reszty.

 
szachy
 

Szachy i koks

 
Po piętnastu minutach ktoś wszedł na balkon. To była Isabela.

– Ja tylko po wodę – wymamrotała.
– Nie wątpię.
Nalała wody do literatki i zaczęła odchodzić.
– Isabela, zaczekaj… – krzyknąłem. – Muszę ci coś powiedzieć.
– Co?
– Przepraszam.

Mój flow był tak pobudzony, że mogłem ją wtedy nakłonić prawie do wszystkiego. Było mi wszystko jedno, co ona sobie tam o mnie myśli. Kobieta pod wpływem takich wydarzeń jest kłębkiem emocji i sama ma problemy z tym, żeby siebie zrozumieć. Działa bardziej z impulsu. Próba analizy tego, co ona myśli, zawsze kończy się źle. Najważniejsze to zachować spokój i pewność siebie.

Pocałowaliśmy się i głęboko wtuliliśmy w siebie. Nie nakłaniałem jej ponownie na pójście do łóżka. Nie miałem już ochoty. W zasadzie to nie było sensu. Po takiej ilości koksu nie było tylu ludzi i sprzętu, żeby postawić mnie w pion. Po kilku minutach w moich objęciach Isabela wróciła do siebie.

A ja przez następne dwie godziny rozegrałem kilka emocjonujących partyjek szachowych. Nie ma lepszego połączenia niż koks i szachy. Dopiero wtedy czujesz, że żyjesz.


Najzabawniejsza książka podróżnicza na polskim rynku.

 
Książka z czarnym humorem

—-
Następna Historia:
Przychodzi Tony do lekarza