Peru – Viva Polonia!

23 November 2015 Peru, seks 8 Comments
Viva la Polonia

Początkowo Peru nie było dla mnie zbyt łaskawe. Miałem wrażenie, że los chciał mnie udupić i z premedytacją wpakować w kłopoty. Wszystko trwało do czasu, kiedy usłyszałem słowa „Viva Polonia!” w najlepszym możliwym dla faceta momencie.


Lima

 
Do Limy doleciałem smutny jak wielbłąd po amputacji garba. Nie lubię za bardzo pożegnań, bo gdy tylko opuszczam jakieś miejsce, to bierze mnie na wspomnienia. Myślami byłem z Valerią. Całe życie staram się nie przywiązywać do miejsc i ludzi, ale czasami jest to silniejsze ode mnie. No ale nic, życie toczy się dalej.

Przed przylotem do Peru postanowiłem się uaktywnić. Dość siedzenia na dupie, ćpania koksu i bzykania z przypadkowymi panienkami. Potrzebowałem przygody, aktywności fizycznej i… Valerii.


Lot do Peru

 

Lot z Kolumbii do Peru był krótki jak kutas Chińczyka. Gdy tylko wytargałem plecak z lotniskowej gąsienicy, wyszedłem poza bramki kontrolne. Od razu zauważyłem znajome twarze. Te same chciwe mordy taksówkarzy, którzy na całym świecie patrzą na białego blondyna jak na chodzący kuferek skarbów. Nie ma znaczenia, czy pojadę do Azji, Ameryki Południowej czy Afryki. Wszędzie jest to samo. Mam na czole: Polonia. W Limie było o tyle ciekawie, że niektórzy z nich byli nieźle nabici od mięśni. Jakby pośród peruwiańskich taksówkarzy panował kult ciała i matki od dziecka karmiły ich kreatyną.


Złośliwi pracownicy Banku

 
Branie taksówki z lotniska – bez względu na kraj – zawsze wiąże się z dodatkowymi kosztami. Ja liczyłem na to, że uda mi się dostać do hostelu autobusami. Musiałem tylko wypłacić pieniądze. Wyciągnąłem z plecaka portfel, wyjąłem kartę do bankomatu i lekkim pchnięcie załadowałem ją w maszynę. Po wpisaniu PIN-u wyskoczył komunikat: „Nie masz środków na koncie”. Spróbowałem bankomat obok i to samo: „Nie masz środków na koncie”. Wszystkie kolejne: „Nie masz hajsu i jesteś udupiony! Ha. Ha. Ha. / Złośliwi pracownicy banku”. Kurde, coś nie grało.

Przysiadłem w kafejce. Nie było najlepiej. Udało mi się wysępić hasło do Wi-Fi od typa z restauracji. Sprawdziłem stan konta: dwa tysiące złotych, karta aktywna. Kupiłem wodę mineralną. Zapytałem faceta, czy mogę zapłacić kartą. Zgodził się i transakcja została zaakceptowana. Może peruwiańskie bankomaty miały w dupie polskie banki i ich karty debetowe? Może była między nimi kosa, o której nie miałem pojęcia?


Taksówkarz

 

Po chwili przyczepił się do mnie taksówkarz, który bardzo utkwił mi w pamięci swoją muskulaturą. Facet był niski, ale tak mocno zbudowany, że Schwarzenegger wyglądałby przy nim jak Kłapouchy. Usiadł naprzeciwko mnie przy stoliku, założył nogę na nogę i zamówił sobie kawkę.

– No, to co, gringo – zaczął taksówkarz. – Widzę, że masz jakieś problemy?
– No, nie da się ukryć – odparłem.
– Dawaj zawiozę cię do hostelu, a wieczorem oddasz mi forsę.
– Tak po prostu?
– Tak.
– Tylko, żeby było jasne. Nie jestem gejem, więc opcja robienia laski albo walenia gruchy za kurs odpada.
– Dobra, nie pierdol. Idziemy.

Wyszliśmy z lotniska i skierowaliśmy się do jego auta. Bałem się jechać z gościem. Przy całej tej masie był bardzo niski, co jest normalne wśród potomków Inków. Nie byłem przekonany, czy uda mu się dosięgnąć nogami do pedałów. Ale rozwinął się na tym fotelu tak bardzo, że zdawałoby się, jakby jego biodra chowały trochę nóg właśnie na takie okazje. Dotarliśmy na miejsce. Facet wręczył mi swoją wizytówkę i odjechał. Miałem dług u najszerszego taksówkarza w Peru i ani grosza przy duszy. Ale przynajmniej miałem gdzie spać.

 
Lima w Peru
 

Hostel

 
Kutas z recepcji okazał się czterdziestoletnim Anglikiem. Albo raczej Anglik z recepcji okazał się czterdziestoletnim kutasem. Nie bardzo pałał chęcią pomocy. Poszedłem do Western Union, ale nie dało rady przelać pieniędzy samemu sobie, jak to kiedyś zrobiłem. Nie miałem za co dojechać do ambasady. Nie miałem kasy na jedzenie, nie mogłem zapłacić za hostel, a co za tym idzie – nie mogłem się umyć. Nie mogłem zadzwonić do banku, bo w hostelu Wi-Fi było za słabe. Nie mogłem iść do kafejki, bo nie miałem czym zapłacić. Bez kitu. Pokończyły mi się możliwości. Nic, tylko strzelić sobie w łeb.

Co tu, kurwa, zrobić? Może coś sprzedać z zawartości plecaka? Ale co? Ciuchy? Ładowarki do baterii? Albo zacząć się kurwić? Wielu porządnych facetów wylądowało pod mostem przez zgrzyty, jakie polskie banki miały z tymi z Peru.
Cokolwiek się zdarzy, może cię to albo załamać, albo zmusić do jeszcze większej kreatywności. Ja dobrze wiedziałem, że jest tylko jeden wybór. Charyzma to moje drugie imię. Postanowiłem się załamać… No dobra, postanowiłem się z tego wyplątać. Bo przecież nie ma takiej dupy, z której nie da się wyjść. Jeśli nie drzwiami, to oknem. Trzeba tylko trochę pokombinować.


Przegrzana głowa

 

Usiadłem w lobby hostelowym i zacząłem tak intensywnie myśleć, że aż mnie głowa rozbolała. Dosiadło się do mnie kilka osób. Jestem bardzo bezpośredni, więc poprosiłem o zapomogę na poczet kafejki internetowej, uprzednio przedstawiając swoją gównianą sytuację. Dali mi bez szemrania kilka peruwiańskich soli.

Poszedłem do kafejki, zalogowałem się na Skypie i zadzwoniłem do banku. Okazało się, że mam kartę na chipa, a bankomaty w Peru obsługują tylko paski magnetyczne. Babka natychmiast pomogła mi to zdalnie odblokować. Udało się. Z miejsca poszedłem do bankomatu. Po chwili wyskoczyły pieniądze. Świeżutkie, niepogniecione… Ajjj! Jarałem się tym jak Reichstag w 1933 roku.

W ramach nagrody za wyjście z problemów postanowiłem kupić sobie małe piwko. Do hostelu wróciłem z uśmiechem na twarzy i z jeszcze nie do końca dopitym browarkiem. Od razu zobaczyłem miny moich wierzycieli. Wyglądało to tak, jakbym ich wydymał, bo przecież dali mi pieniądze na kafejkę internetową, a ja tu wracam z piwem w ręku. Nie chcę wiedzieć, co wtedy pomyśleli sobie o Polakach. Ah ta Polonia…

Oddałem pieniądze i wreszcie mogłem się umyć, coś zjeść i zacząć funkcjonować jak normalny człowiek. Wieczorem przyjechał taksówkarz, odebrał pieniądze i pognał w siną dal razem ze swoją kupą mięśni.


Życie nocne w Limie

 
Odsapnąłem jeden dzień po trudach podróży, a następnego postanowiłem wyjść na miasto. Wyszedłem z hostelu bez planu. Nie wiedziałem, dokąd mam iść. Zapytałem grupę ludzi, czy znają dobry bar w okolicy. Powiedzieli, że śmiało mogę uderzać do klubu Downtown, bo ponoć jest spoko. Wskazali mi drogę i po kilku minutach stałem już przed wejściem. Wstęp dwadzieścia złotych.

W środku kręcili się ludzie w wieku od dziewiętnastu do dwudziestu czterech lat. Prawie nikt nie potrafił tańczyć. Ja sam jestem kiepskim tancerzem, ale przyleciałem z Kolumbii, więc od razu zauważyłem różnicę.
Postałem przy barze z dobre dziesięć minut, obserwując klub. Musiało być dość wcześnie, bo na parkiecie byli sami faceci. „Pewnie w Peru laski przychodzą trochę później”, pomyślałem. Za chwilę podszedł do mnie jakiś chłopina i przemówił sopranem.


Klub dla gejów

 

– Hej. Dlaczego przyszedłeś do tego klubu? – zapytał.
– A czemu nie? – odparłem.
– To jest raczej klub dla gejów.

Nogi się pode mną ugięły. Miałem znów przed oczami czterech gejów z nożami z Rio de Janeiro. Postanowiłem jak najszybciej stamtąd spierdolić i oddalić się od tego miejsca jak najdalej. Biegłem, aż zobaczyłem kolejne wejście do klubu. Tym razem wolałem zawczasu porozmawiać z ochroną.

– Czy to jest klub dla gejów? – zapytałem.
– Nie. – Facet zmierzył mnie od stóp do głów. – Czyli co, pewnie nie wchodzisz?
– Właśnie dlatego wchodzę.
– A skąd jesteś?
– Polonia!

Wszedłem. Był to jeden z tych lokali, na który po hiszpańsku mówi się una speluna. Czyli taki, że wchodzisz i od razu chce ci się rzygać. I najczęściej to robisz. Odrzucało mnie prawie wszystko wewnątrz, dlatego wyszedłem przed lokal. Nagle śmignęły obok mnie trzy kobiety, z których jedna zatrzymała na mnie wzrok. Ruszyłem za nimi – właśnie tak poznałem Carolinę. Dziewczyna pracowała jako architektka. Projektowała chaty w całej Limie i szukała partnera na dłużej, który chciałby z nią zamieszkać w jednej z tych chat. Taka naprawdę inteligentna i porządna dziewczyna, która nawet gdyby w łóżku pierdziała, to pewnie po cichutku i nie w moją stronę.
 

oczy
 

Łabędzie

 
Pocałowaliśmy się, potańczyliśmy chwilę i zmyła się do domu. Na drugi dzień spotkaliśmy się znowu. Zabrała mnie do siebie na dzielnię, pokazała okolicę, a potem przeszliśmy do gównianego parku, gdzie nie było nic do roboty.

Staliśmy na romantycznie wyglądającym mostku, trzymaliśmy się za ręce i karmiliśmy okruszkami łabędzie. Emocje jak na rybach. „Co ja tu, kurwa, właściwie robię?”, zastanawiałem się. „Stoję w zasranym parku z chlebem w ręku i rzucam okruszki łabędziom”. Żeby to wszystko przyspieszyć, postanowiłem opierdolić trochę chleba na sucho. Takiej suchej buły to dawno nie miałem w ustach. Pewnie łabędzie popijają wodą z jeziora. Bo jak to inaczej przełknąć przez taką długą szyję? W każdym razie prawie cały chleb zeżarłem sam. Carolina tylko pokręciła głową z zażenowaniem. „Chuj wam w te białe dupska, łabędzie!”, pomyślałem. „Chleba nie ma! Polonia zjadła” Łabędzie najwyraźniej dostrzegły, jak opylam ich chleb, bo miałem wrażenie, że zaczęły się na mnie zbierać.


Zemsta Łabędzi

 

– Carolina, lepiej się stąd zmywajmy – rzuciłem. – Te łabędzie chyba się wkurwiły. Zaraz pewnie nas zaatakują. Spadajmy stąd.

Oddaliliśmy się, nerwowo spoglądając za siebie w obawie, że łabędzie mogą nas śledzić. Nad naszymi głowami przeleciał samolot, a dziewczyna zaczęła machać do niego ręką. Czekałem tylko, aż zaraz zacznie krzyczeć: „Panie pilocie, dziura w samolocie!”.

Powoli miałem tego dosyć. W co ja się wpakowałem? Wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do mnie oglądać film. To zawsze tak się nazywa. Chciałbym kiedyś ujrzeć statystykę pokazującą, który film ludzie puszczają w tle najczęściej, jeśli chcą bzyknąć się.


Viva Polonia

 

Nie mieliśmy otwieracza do wina, więc trzeba było wepchnąć korek do środka. Gdy tylko tam wlazł, prysnęło jak z armatki wodnej. Wszystko poszło na białą ścianę. No to pięknie. Jeszcze mi doliczą do rachunku malowanie ściany. Najpierw złośliwi pracownicy banku, potem łabędzie, a na koniec ta ściana. Cholera!
Zaczęliśmy się kochać. Dziewczyna mieszkała gdzieś w pobliżu portu, bo wszystkie jej ubrania prześmierdnięte były rybami. Czułem się trochę tak, jakbym ruchał marynarza. Gdy tylko weszła na mnie i zaczęła mnie powoli ujeżdżać, krzyknęła:

Viva Polonia!

„Cholera, całe to Peru zaczyna mi się podobać. W dodatku lokalne kobiety mają jakieś patriotyczne zapędy.” – pomyślałem. To był właśnie ten moment, w którym wreszcie i dla mnie zaświeciło Słońce. Chwilę później na dobre zaczęliśmy się rżnąć. Po wszystkim zauważyłem, że dziewczyna przycichła i głęboko coś analizowała w głowie.

– Co Ty taka zamyślona?
– A nic. Tak mnie naszło.
– Chcesz się tym podzielić?
– Wolałabym nie.
– No powiedz.
– Po prostu… Nikt mnie tak nie zerżnął od podstawówki! Viva Polonia!


Najzabawniejsza książka podróżnicza na polskim rynku. Zamów teraz.

Książka czarny humor ironia sarkazm
—-
Następna historia:
Jak dojechać do Machu Picchu?

Related Post