Kolumbia – Laska z filmu Chłopaki nie Płaczą

2 November 2015 Kolumbia, narkotyki 8 Comments
Laska z Chłopaki nie Płaczą

Do naszej chaty zalogował się nowy lokator. W miejsce jednego Szwajcara, wprowadził się kolejny Szwajcar. Ten poprzedni wyniósł się dwa dni po tym, jak obudziła mnie dziwka. Marudził, że nie zamierza mieszkać w burdelu i na dodatek zostawił negatywny komentarz w Internecie.


Laska z filmu Chłopaki nie Płaczą

 
Nowym Szwajcarem był koleś prawie identyczny jak Laska z filmu Chłopaki nie Płaczą. Jeździł na desce, palił jointy i posuwał Murzynkę. Potrafił całymi dniami przesiedzieć na skateparku, z którego wracał kompletnie zajebany zaraz po zmroku. Sunął powoli do kuchni, otwierał lodówkę i tkwił z głową w środku przez kolejne kilka minut. Czasami wszyscy we dwóch szliśmy na skatepark trochę pojeździć i przy okazji popalić trochę ziółka. Laską, mimo że miał na imię Johannes, pozwolił mi do siebie mówić „Laska”.

Gdy Piers (właściciel chaty) wyjechał na krótki wypoczynek, powierzył mi opiekę nad apartamentem. Bardzo rozsądna decyzja. Piers nie miał nic przeciwko temu, żebyśmy sprowadzali kobiety do mieszkania, ale ponad wszystko wzbraniał się przed narkotykami. Był zakaz i tyle. Toteż gdy wyjechał na wakacje i zostawił nas samych, od razu w całej chacie zrobiło się siwo. Do pokoju Laski ledwo dało się wejść, bo tak było zakopcone. On sam wychodził tylko co jakiś czas do lodówki, pokaszlując przy każdym kontakcie z czystym tlenem. Najczęściej jednak siedział w okopconym pokoju z blantem w ręku i studiował globus. No albo posuwał Murzynkę. I z tą Murzynką to nie przesadzam. Naprawdę się z jakąś spotykał.
 
skatepark medellin
 
Któregoś dnia Szwajcar ubrał się w wyjściowe ciuchy, jeśli wyprasowaną koszulkę i długie spodnie można w ogóle tak nazwać i wybiegł z mieszkania. Ale tak to już jest facetami. Mamy trzy rodzaje ubrań. W zasadzie to cztery. U kobiet ta lista jest tak długa, że musiałbym stworzyć kolejnego bloga.


Rodzaje ubrań u mężczyzn i kobiet

 
Przykładowa lista u kobiet:

1. Czyste, mogę założyć.
2. Czyste, ale nie mogę założyć, bo wczoraj w tym byłam.
3. Czyste, ale nie mogę założyć, bo nie pasuje mi do butów.
4. Czyste, ale nie mogę założyć, bo za grubo wyglądam.
5. Czyste…

Naprawdę mógłbym to wymieniać do usranej śmierci. A jak to wygląda u mnie?

1. Czyste, mogę założyć.
2. Brudne, ale jeszcze mogę założyć.
3. Brudne i nie da rady założyć.
4. Brudne i nie da rady założyć, ale może nikt się nie zauważy.

Szwajcar ubrał się w pierwszy zestaw i wyszedł.

– Gdzie on tak biegnie? – pomyślałem do siebie – Pójdę sprawdzę, może nie ma papieru w klopie.

Wszedłem do sracza i sprawdziłem stan srajtaśmy. Było z dobre 10 rolek. Wszystko wydało mi się jeszcze bardziej istotne, gdy minęło trochę czasu.

Bo Szwajcar nie wracał już od trzech dni! Próbowałem się do niego zadzwonić. Martwiłem się. Cholera wie, co mu się stało? Może wpadł w pułapkę na zwierzynę leśną, albo wciągnął go wir od herbaty. Nie wykluczałem niczego. Dopiero po trzech dobach Szwajcar wrócił, odziany w zestaw numer Trzy. Brudne i już nie da rady założyć. Nie wiem gdzie się tak wysmolił, ale wyglądał jakby zbiorowo wydymali go kominiarze.


Urodziny Czarnej Mamy

 
– Człowieku, gdzie ty do cholery byłeś? Martwiłem się o Ciebie.
– Spoko spoko. Niepotrzebnie się martwiłeś! … Moja dziewczyna zabrała mnie na urodziny matki. Mieszka w jednej z komun na wzgórza. Bieda aż piszczy i uwierz mi, że jak żyję to nie widziałem takiej patologii.
– W sensie co się stało? Nie wiem dlaczego, ale lubię takie historie.
– Było mnóstwo koksu, mega dużo palenia i co chwile lało się Aguardiente no. Na koniec jej matka trochę odleciała.
– Kto?
– Jej matka to jak ojciec, tylko że się czesze.
– Nie rób ze mnie idioty.
– Moja zasada, nie robię nic, co już zostało zrobione.
– Żart Ci się wyostrzył… Mów do cholery co z tą matką. Co zrobiła? Ciebie nie było trzy dni człowieku!
– Spoko spoko, niepotrzebnie się martwiłeś – wyciągnął zwiniętego blanta i odpalił – No więc…Drugiego dnia jej matka chciała mnie przelecieć. Nie kryła się z niczym i zaproponowała mi wszystko przy córce, czyli mojej lasce.
– Ja pierdolę. I co ona na to?
– Spuściła tylko głowę. Jej matka powiedziała mi coś w stylu: „Chcę żebyś wyruchał mnie tak, jakbym wisiała ci pieniądze!”
– Że co??
– To nie wszystko człowieku, żebyś ty widział co tam się działo!
– Dobra, umyj się, zjedz coś, a potem mi wszystko nawiniesz.
– Spoko spoko. Najpierw lolek, potem mycie – podał mi blanta.
– W porządku – przyjąłem blanta.

Prawdę mówiąc propozycja matki, była najciekawszą częścią opowieści Laski. Reszta to zwykłe chlanie i ćpanie czyli chleb powszedni Bunkrów Nie Ma. We wtorki jedynym ciekawym miejscem na wyjście z domu, był klub salsy w centrum Medellin. La Candelaria (owy środek miasta) ma nieciekawą opinię. Po zmroku jest bardzo niebezpiecznie i można łatwo dostać kosę w żebra.

Zaczęliśmy jeszcze pić w domu. Jak już dostaliśmy się do klubu, to byłem nieźle zrobiony. Oboje byliśmy. Nie interesowała mnie salsa, do momentu w którym nie odetkałem nosa. Koks załatwiłem w 5 minut. Słaby towar i bardzo nieczysty. I tak zleciał mi czas na gadaniu z przypadkowymi ludźmi, kręceniu się po klubie i może kilku próbach na parkiecie. Po kokainie mógłbym tańczyć nawet Małego Walczyka, albo Kaczuszki. Muzyka jest taka słodka i płynna. Laska nie brał ze mną. Ograniczył się do gibonów.


After Party na ulicy

 
Wszystko skończyło się około 2 w nocy. Nie chcieliśmy jeszcze wracać. Laska miał ze sobą jeszcze ze trzy gotowe blanty. Wiedziałem, że jak zawiniemy się do domu, to mnie dopadną stany depresyjne, a on wróci do wpatrywania się w globus i czyszczenia lodówki z żarcia. Podpięliśmy się pod jakiś losowych ludzi, którzy stali jeszcze przed klubem.

O tak późnej godzinie i w takim miejscu, można nadziać się na przeróżnych ludzi. Od morderców, po kurwy. Jeden Kolumbijczyk opowiedział nam historię, jak pierwszy raz w życiu spróbował heroiny. Cieszył się przy tym jak imigranci ekonomiczni, którzy wylosowali Niemcy.

Miał tatuaż na czole i przekrwione zmęczeniem oczy. Ale nie opuszczał go entuzjazm przy opowieści. Nie wyglądał na zbyt oczytanego. Ale czego się spodziewać po takiej szumowinie? Prawdopodobnie nie doczytał nawet jednego spisu treści. Ba! Przy tym całym jego krwistym spojrzeniu wyglądał jak bezwzględny gwałciciel.

Nagle ni stąd ni zowąd, wywiązała się kłótnia między dwiema kobietami. Obie Kolumbijki stały zaraz obok nas, ale nie zamieniliśmy z nimi choćby jednego zdania. Wydzierały się na siebie i straszyły znajomościami.

Po 2 minutach kłótnia przerodziła się w walkę. Szarpały się za włosy, biły po cycach. Spojrzałem na Laskę, a ten tylko się uśmiechnął.

– No… No… – zaciągnął się blantem – Wreszcie coś zaczęło się dziać! Widziałeś jak tamta wyższa dostała plombę?

Jedna z nich była nawet urodziwa. Ta niższa. Od pizdy pod okiem rozmazał się jej makijaż.

– Ale się nieźle piorą! – zacierał ręce Szwajcar – No teraz to prawie ujebało jednej głowę!
– Ja tylko liczę na to, że to się w pewnym momencie nie obróci wobec nas.

Plątanie się w to wszystko będąc białym, nic by dobrego nie przyniosło. Walka ustała na chwilę, ale po 10 minutach była kolejna walka. Spojrzałem na Szwajcara.

– Znowu się leją! I znowu ta niższa – powiedział Laska – Teraz trafiła na naprawdę wysoką!

Kobieta, która wcześniej mi wpadła w oko, walczyła teraz z laską prawie o dwie głowy wyższą. Jej rywalka była dla niej okrutna niczym Kaligula dla Rzymian. Walka skończyła się, zanim się w ogóle zaczęła. Moja wybranka od tej pory miała już pizdę pod okiem i rozcięty łub brwiowy.

Nie to ją najbardziej bolało. Złamała sobie paznokieć. Toż Ci tragedia! Na dodatek dziewczyna jeszcze błysk swoich ust czerwoną szminką. Przecież trzeba zachować klasę. Komicznie to wyglądało. Później Szwajcar proponował jej pójście z nią do naszego mieszkania.

– Słuchaj piękna. Nie chcesz się przejść z moim kolegom do nas do mieszkania? Opatrzymy cię. Zapalimy sobie.
– Nie mogę. Nie mam zamiaru przechodzić przez kolejną aborcję. Poza tym ja taka nie jestem.

Laska posmutniał. Pierwszy raz go takiego widziałem. Z resztą miał powody. Dziewczyna potrafi się napierdalać na ulicy jak całkiem nieprzeciętny skurwysyn, ale ma jeszcze w sobie tyle godności, że nie chce uchodzić za łatwą. Bo może i w istocie nie była. Kto wie?

Siedzieliśmy tak do 8 nad ranem, aż wreszcie się spłukałem z kasy. W zasadzie to spłukali mnie Kolumbijczycy. Co chwilę musiałem się dokładać do jakiejś składki na blanty albo alkohol. Można by rzec, że byłem motorem napędowych ich budżetu. Nie było więcej walk.


Najlepszy kolega

 
Stwierdziliśmy ze Szwajcarem, że zawijamy się do domu. Koleś, który opowiadał nam historię o heroinie, nagle przypomniał sobie, że on przecież mieszka niedaleko nas w Laureles (2 najzamożniejsza dzielnica w Medellin).

– Mogę się z wami zabrać taksówką? – zapytał Kolumbijczyk
– No nie wiem. Chyba raczej nie da rady – odpowiedziałem.
– Spoko spoko. Niech wsiada! – włączył się Laska – Zawsze będzie raźniej.

„Dobra niech wsiada, ja jestem jeszcze czujny” – pomyślałem. Zabieranie tego kolesia ze sobą to zaproszenie do kłopotów. W taksówce Kolumbijczyk sprawiał wrażenie mojego najlepszego przyjaciela. A ja prędzej uwierzyłbym w Świętego Mikołaja niż uwierzył temu typowi. Gdybym miał do wyboru spuścić dwa złote w klopie, albo pożyczy je temu gościowi, to moja dwa złote trafiłyby do kibla. Prędzej liczyłbym na ludzi z oczyszczalni ścieków że przyniosą mi to z powrotem, niż on oddałby mi hajs.

Pewnie liczył na to, że zaprosimy go do domu, a tam nas opierdoli ze wszystkich fantów. Musieliśmy się go jakoś pozbyć. Zapytałem po niemiecku Szwajcara, w jaki sposób się go pozbyć. Ten najwolniej jak tylko potrafił wyłożył mi plan. Inaczej bym go nie zrozumiał, a komunikowanie się po hiszpańsku albo angielsku by nas zdradziło.

– Dobra ziomek – zwróciłem się do gościa – Chciałbym, żebyś mi wskazał w którym kierunku mieszkasz.

Wskazał wschód.

– My mieszkamy na zachodzie. Więc my teraz idziemy w tę stronę, a Ty w swoją.
– W sumie to przypomniałem sobie, że mam coś do załatwienia też na zachodzie.
– Nie kombinuj – wtrąciłem.
– Naprawdę muszę tam iść.

Spojrzeliśmy na siebie ze Szwajcarem. Wtedy ja wyjąłem brzytwę i podciąłem Kolumbijczykowi gardło. No dobra żartuję. Powiedziałem mu tylko:

– Dobra, idź sobie na zachód. My idziemy na południe.

Nie protestował. Zaproponowałem Szwajcarowi krótką przechadzkę, żeby zmylić ewentualne śledzenie nas.

– Stary, a jak on będzie nas śledził i przyjdzie w środku nocy i wytarmosi nas za jaja? – zapytałem.
– No to najwyżej pułapki porozstawiamy po całym domu – odpowiedział Szwajcar.
– Przecież to nie Kevin Sam w Domu!

Wreszcie wieczór się skończył albo dzień zaczął. Jedno i drugie. Ja wróciłem do pokoju oczekując zejścia po koksie zmielonego z alko, a Laska wrócił do kręcenia globusem i kręcenia kolejnego gibona. Nikt nas nie napadł ani nie przyszedł w nocy i wytarmosił za jaja.


Najzabawniejsza książka podróżnicza na polskim rynku.

 
Książka czarny humor ironia sarkazm