Tajlandia – Wstań i walcz!

3 July 2015 Tajlandia
wstań i walcz

W ciągu kilku dni przeżyłem dwa potężne ciosy. Pierwszy był fizyczny i naprawdę bolał, ale był niczym w porównaniu do tego, co stało się potem. Otóż pewien Taj po prostu rozbroił mi konstrukcję. Wyszło z tego najbardziej absurdalne zdjęcie, na jakim się znalazłem.


Wyspy Phi Phi w Tajlandii

 
Gdy dojechałem do Ao Nang, zapisałem się na kolejne treningi muay thai. Po dwóch tygodniach ciężkiej zaprawy wybrałem się na wyspę Phi Phi. To właśnie tam nakręcali film „Niebiańska plaża” z Leonardem DiCaprio. To wysepka dość mocno już skomercjalizowana, nad którą nadal unosi się w powietrzu mit raju na ziemi. Przyjeżdżają tam głównie młodzi turyści. Opalają swoje ciała, chleją i wieczorami pierdolą się w rozsianych po całej wyspie bungalowach.

W środku wysepki stoi Reggae Bar – miejsce, w którym turyści (ochotnicy) mogą powalczyć między sobą na ringu. Większość pojedynków jest dość śmieszna. Pijani Anglicy, Australijczycy bądź Irole walczą głównie dla zabawy. Często zdarzają się kontuzje. Pourywane uszy, zwichnięte kostki lub najzwyklejsze „pizdy” pod okiem.

Spiker wywołał do następnego pojedynku niepokonanego dotąd faceta. Ukraińca, który boksowania uczył się w Kijowie, w tej samej szkole, w której pierwsze kroki stawiali bracia Kliczko. Ktoś mi powiedział, że po ostatnim pojedynku jego przeciwnika musieli kleić i łatać butaprenem. Tak go załatwił, że tamten wylądował w szpitalu. Główny sędzia pojedynku przeszedł wokół ringu, szukając mu partnera do kolejnej walki. Nie było chętnych.

Podniosłem rękę.


Uwolnienie

 
Naturalną potrzebą mężczyzny jest nieustanna chęć uwolnienia się. Na każdym kroku. Gdy facet obiera sobie jakiś cel, stoi przed nim ściana. Nie poczuje się wolny, dopóki jej nie pokona, zburzy, przeskoczy. Może to być sukces finansowy, orgazm (rozładowanie napięcia), gra w piłkę albo – wzorem okładek „Men’s Health” – zgubienie 200 kilo w dwa dni. Kobieta może tego nie rozumieć, bo ona dąży do pełni, do miłości. Facet przeciwnie: do pustki, uwolnienia się od czegoś, co ma do pokonania. Wtedy może wrócić do swojego ulubionego stanu, czyli „pudełka nicości”. Wszystko po to, by choć na chwilę poczuć się wolnym.

Jeśli facet wchodzi z kimś na ring, myśli o jednym. Żeby wygrać. Żadne inne rozwiązanie nie wchodzi w grę.

Ten Ukrainiec był moją ścianą. Był wyższy, z pewnością bardziej doświadczony, ale niekoniecznie szybszy. Spodenki do muay thai miałem ze sobą. Mój sekundant nałożył mi kask ochronny i za chwilę miałem wychodzić na ring. W tym momencie podszedł do mnie Ukrainiec. Zaproponował walkę na same pięści, bez używania nóg jak w klasycznym boksie tajskim. Zgodziłem się.


Walka

 
Wybił gong. Do przeboksowania były trzy rundy. Pierwsza była dla nas obu zapoznawcza; każdy starał się zbadać przeciwnika, sprawdzić, na ile go stać. Po trzech minutach gong wybił ponownie. Runda była na remis, ze wskazaniem na niego. Czerwone spodenki – Polska, niebieskie – Ukraina.
 
Phi Phi muay thai

 

W drugiej rundzie rzuciłem się do ataku. Trzymając trochę niżej gardę, próbowałem ugodzić go lewą prostą w mordę. Zaczęliśmy się naprawdę mocno napierdalać. Bez kalkulacji. Widownia wyraźnie ożyła. Ciosy były coraz mocniejsze. Z obu z nas się lało jak z rynny. Wybił gong.
 
Boks Tajski uderzenia

 

Została ostatnia runda. Siedząc w narożniku, zmobilizowałem się najmocniej jak mogłem. Ta ściana była do powalenia, choć wizualnie przegrywałem. Przedostatni gong.

Ukrainiec ruszył do zmasowanego ataku. Broniłem się jak Zbaraż. Chciałem na typa wylać nawet smołę. Z gardą przy głowie odparłem natarcie. Podszedłem dwoma prostymi i szykowałem się do bomby życia. Skręciłem biodra do sierpa i wypuściłem cios z takim impetem, że ta petarda musiała urwać Ukraińcowi łeb i posłać go w publiczność. Resztę jego tułowia znokautowałbym bez problemu ciosami na korpus.

Wszyscy wstrzymali oddech. Moja bomba życia minęła cel. Pozostałem z otwartą gardą. Ukrainiec szybko skontrował i dostałem taką bombę w łeb, że aż mnie zamroczyło. Dołożył dwa podbródkowe i upadłem na deski.
 
Muay Thai Boks tajski
 
Znokautował mnie. Przerżnąłem i nie mogłem choć na jedną chwilę poczuć tego wspaniałego uczucia męskiej wolności. Pogratulowałem mu i zszedłem z ringu.

Umówmy się. Nie była to walka o nic wielkiego. Nie było wielkiego budżetu, Mike’a Buffera i dupek, które wnoszą kartony z numerami rund. Dla mnie mimo wszystko było to coś ważnego. Dla każdego faceta by było. Każdy czytający to mężczyzna (który ma jaja) wie, o co mi chodzi.


Marek Piotrowski

 
Wróciłem do Ao Nang. Na szybkiej łodzi zmierzającej na ląd byłem nieźle wkurwiony tą walką. Nie było sensu się rozczulać ani żalić. Jednym z moich największych idoli, jeśli chodzi o determinację i wolę walki, był i będzie Marek Piotrowski. Wielu pewnie pierwszy raz słyszy to nazwisko, ale to Polak, który jest największym kickbokserem w historii tego sportu. Wielki wojownik i niesamowicie inspirujący człowiek. Jego słowa „Wstań i walcz” często pomagają mi w normalnym życiu. Polecam świetny dokument o tym człowieku.


Powrót na treningi

 
W związku z tym od razu wróciłem na treningi. Pracowałem jeszcze ciężej. Od czasu do czasu zdarzyło mi się wyjść na kilka piwek. Pewnego wieczoru, gdy wracałem z imprezy, skumałem, że nie mam iPhone’a. No, kurwa! Zgubiłem kolejnego iPhone’a. Coś jest z tym telefonem takiego, że się mnie zbyt długo nie trzyma. W takiej Tajlandii szanse na znalezienie były praktycznie zerowe.

Ale nie poddałem się. Wstań i walcz

Postawiłem sobie za cel odzyskać telefon, choćbym miał każdej dziwce zajrzeć do torebki. Przegrałem na ringu, ale teraz wygram. Nic mnie nie powstrzyma! Pochodziłem po barach i pytałem obsługę – nikt nic nie widział. Podobno specjalnie dla mnie sprawdzili monitoring – i także dupa. W to nie wierzyłem. Gdybym był synem papieża i zgubił Nokię 3310, postawiliby na nogi pewnie cały sztab wojska. Ale mną się nikt specjalnie nie przejmował.

Parę dni później dostałem e-mail z aplikacji Find My iPhone, że udało się go zlokalizować. Ha! Pobiegłem z tym na policję. Kazali mi wypełnić protokół. Czyli po polsku. Najpierw papiery, potem przedawnienie. Miałem jednak asa w plecaku. Siostra, z którą spotkałem się jeszcze w Bangkoku,  przywiozła mi dwie butelki żubrówki.

Żubrówka

Wróciłem z nią na posterunek, wystawiłem jedną na stół i zapytałem:

A co teraz kurwa?

Chłopaki od razu wzięli się do roboty. Zaczęli namierzać numer, jeden zorganizował transport, wszystko nagle jakoś funkcjonowało. Czułem się, jakbym im na stół położył cipkę.

– A co teraz, chłopaki?
– O kurwa! Bierzemy się do pracy!

Zawsze chciałem mieć cipkę. Właśnie w celach negocjacyjnych.


Dochodzenie

Zapakowaliśmy się w pięć osób do policyjnego pick-upa. Zdjęcie satelitarne z aplikacji było niedokładne i zachmurzone. Tajowie znaleźli jakiegoś informatora, który wskazał nam, gdzie może być sklep z telefonami. Zapytali mnie jeszcze, czy iPhone miał jakieś znaki szczególne.

Miał. Pierwszego dnia, gdy dopiero go kupiłem, włożyłem telefon do kieszeni z kluczami. Malutki drucik zrobił niewielką rysę na przedniej szybce. Wtedy prawie zjadłem ten drucik, taki byłem wkurwiony. Teraz jednak musiałbym ten drucik wyrzygać i przeprosić, bo to był jedyny znak rozpoznawczy.

Podjechaliśmy w pięć osób pod sklep z telefonami. Ja, konfident i trzech policjantów. Na miejscu okazało się, że oczywiście nie sprzedają żadnych iPhone’ów. Jednak na biurku dostrzegłem jednego. Spytałem, czy mogę go obejrzeć. W telefonie wszystko wyzerowali i zmienili menu na tajskie.

Dostrzegłem tę małą ryskę na przodzie. Tak! Tak, to mój telefon!

I wtedy wydarzył się kompletny absurd. Koleś, który tam pracował, przyznał się, że to on mnie okradł. Z uśmiechem na twarzy. Jako że rzadko się zdarza, że w Tajlandii znajduje się ukradziony telefon, tajska policja postanowiła to uwiecznić. Rozpoczęła się sesja zdjęciowa z udziałem mojego telefonu. Złodziejaszek też pozował. Facet był na tyle w porządku, że później sam proponował nowe pozy. Gdy potem obejrzałem to zdjęcie, nie wierzyłem. W ten sposób powstało najbardziej absurdalne zdjęcie ze wszystkich moich podróży.

Absurdalne zdjęcia


Najzabawniejsza książka podróżnicza na polskim rynku.

Książka z czarnym humorem

Następna historia:
Prawo morskie

Related Post