Nepal – Droga przez piekło

19 December 2017 czarny humor, Nepal 4 Comments
Ewakuacja z Nepalu

Dzisiejsza historia nie będzie o polityce. Już Wam nie zrobię takiego numeru jak ostatnio. Zostajemy w Himalajach, gdzie opowiem Wam o tym, jak trudne jest przejście przez przełęcz na wysokości 5400 m n.p.m. Szczególnie jeśli jesteście sami, napadało pół metra śniegu, nie macie wody, a śnieg nie smakuje już jak w dzieciństwie. To była droga przez piekło.


Helikopter

 

Schodziłem właśnie z góry Gokyo Ri, gdy daleko w szczelinie między dwoma wierzchołkami pojawiła się sylwetka helikoptera. Zrobił rundkę dookoła jeziora, zapętlił za szczytami i zacząć obniżać kurs. Lądował praktycznie 200 m ode mnie, więc miałem go jak na dłoni. Cała okolica nagle ożyła. Ze stoku podniósł się lekki kurz, łąka zaczęła falować, a pasące się na niej jaki – spierdalać. W powietrzu wisiało coś przerażającego. Zacząłem się obawiać. Helikopter zetknął się z ziemią, obroty silnika wyraźnie spadły i po chwili otworzyły się drzwiczki. Z pojazdu wyszło dwóch facetów, z których niższy (w pomarańczowej kurtce) wyraźnie wskazywał ręką na najbliższe zabudowania. Wyglądało na to, że daje znaki wyższemu, gdzie tamten ma iść.
 
droga przez piekło
 
Po chwili ten wyższy pobiegł we wskazane miejsce. Gnał ile miał sił w nogach. Wyglądało to naprawdę dramatycznie. Gościu zatrzymał się dopiero przy pierwszym budynku. Tak się złożyło, że był to mały, bezbronny i wesoły kibelek. Wysoki wskoczył do środka i siedział tam ze trzy minuty. Albo stał, cholera go wie. W każdym razie przebywał. W tym samym czasie niższy dawał pilotowi śmigłowca jakieś znaki. Lewa ręka do góry, prawa na dół… Chuj wie, o co w tym chodziło, ale zakładałem, że gościu nie chce tracić czasu i ćwiczy z Chodakowską gdzie się da.

Wysoki wreszcie wylazł, wyraźnie zmęczony. Ten niższy momentalnie zaczął popędzać go ręką. Wyglądało, jakby odbili jakiegoś zakładnika. Wskoczyli do pojazdu, zatrzasnęli drzwi, pilot dodał obrotów, po czym helikopter oderwał się od ziemi. Błyskawicznie zawrócił w powietrzu i odleciał dokładnie w kierunku, z którego przyleciał.


Rozwiązanie zagadki

 

Gdy dotarłem do schroniska, próbowałem się dowiedzieć, o co tu chodzi. Wyjaśnił mi właściciel ośrodka.
– To turyści, najczęściej z Chin – rzekł Nepalczyk. – Płacą grube pieniądze, żeby tu dolecieć. Startują jeszcze w Katmandu, przylatują na kilka minut i wracają.
– Dlaczego tylko na kilka minut?
– Bo inaczej rozłożyłaby ich choroba wysokościowa.
– No dobra – powiedziałem.– Ale on nawet zdjęcia nie zrobił.
– Nie zrobił? – zapytał zdziwiony.
– No nie zrobił! – odpowiedziałem.
– A co zrobił?
– Nie wiem co dokładnie. Ale mam pewne przypuszczenia.
– Więc?
– No wyglądało to tak, jakby po prostu przyleciał się tu zesrać.


Grzanie się przy kominku

 

Tamtego wieczoru postanowiłem trochę się uspołecznić i dołączyć do innych podróżników grzejących się w restauracji. Pośrodku sali stał kominek, więc wszyscy siedzieli dookoła niego. Jak wspomniałem w poprzedniej historii (tej, która każdego wkurwiła), niewiele jest rozrywek po całym dniu chodzenia w Himalajach. Możesz grać w karty, robić sweter na drutach, oglądać mapę, którą już widziałeś 500 razy, albo rozmawiać o tym, komu bardziej jebie z butów. Gdy zdjąłem swojego lewego kalosza, stwierdziłem, że nie ma dla mnie konkurencji. Jeden buch z tego trampka sprawiłby, że nawet doświadczony pracownik oczyszczalni ścieków palnąłby sobie w łeb. Aż oczy łzawiły, a Bóg rozważał, czy znowu nie posłać Syna na Ziemię. Ku wybawieniu.

Przy okazji spotkałem typka z Australii, który kilka dni wcześniej był na najwyższej na świecie imprezie techno. Gdzie? W bazie pod Mount Everestem.
 

 
Krok za krokiem śmigałem przed siebie w kierunku przełęczy Cho La. Tak, wiem. Nazwa mówi Wam wiele. Jakoś po drodze spotkałem Belga, który miał 72 lata i zasuwał po górach jak mała kozica. Miał chłop krzepę, a ja – jedynie na szyi rzepę. Powiedziałem mu, że jestem z Polski, a ten się uśmiechnął. Przy tym wszystkim odcinał scyzorykiem nitki z widocznie nowej kurtki.

– Jak byłem młodszy – zaczął Belg – to miałem okazję wspinać się razem z Kukuczką.
– Tak właśnie pomyślałem.
– Naprawdę? – zdziwił się Belg.
– Gdy zobaczyłem, jak odcinasz nitki, wiedziałem od razu, że i podpiłowanie liny nie sprawiłoby ci problemu.

Uśmiechnąłem się do niego, a ten zajarzył dopiero po chwili.

– A to dobre! – zaśmiał się. – A teraz coś ci o nim opowiem.
– Słucham?
– To był człowiek z żelazną psychiką. Skromny, cichy, ale z charakterem barana.
– W sensie głupi?
– Nie, jak miał jakąś przeszkodę, to tak mocno na nią parł, aż ją wreszcie powalił. Niewiele jest teraz takich osób. W XXI w. łatwo je złamać. Ludzie są mięciutcy w środku. Miałem też okazję wędrować z Messnerem. Znasz?
– Znam. Typ wygląda jak siwe yeti.
– Wędrowałem z Messnerem, ale nie w Himalajach, tylko w naszych Alpach. Strasznie nadęty facet. Choć swoje trzeba mu oddać za dokonania. Teraz pomyśl, jak wielkie trzeba mieć ego, żeby napisać ponad 30 książek! Wszystkie o sobie.
– Ja to jedną napisałem, a i tak mam wybujałe ego.
– A o czym napisałeś książkę?
– A, takie tam bazgroły.
– Ale jesteś zadowolony? Sprzedaje się?
– Tak, sprzedaje się całkiem dobrze. Ale bardziej cieszą takie małe rzeczy, a nie cyferki i pieniądze. Któregoś razu jakiś facet zapytał mnie, jak szybko jestem w stanie wysłać książkę. Odpowiedziałem, że dojdzie w 48 godzin, i zapytałem, skąd taki pośpiech. A ten odpisał, że za trzy dni idzie siedzieć na puchę i fajnie byłoby mieć coś do czytania.

Pogadaliśmy jeszcze chwilę, zabrałem mu nóż, podciąłem mu gardło, oderwałem głowę i zrzuciłem ją w przepaść. Ku memu zdziwieniu reszta tułowia zaczęła planować na mapie dalszą część trasy, a po chwili wyjęła mała gitarę i tańcowaliśmy tam do rana. Koniec.


Niemiecka rodzina

 

A tak serio to w pół godzinki potem dotarłem do schroniska w Dragang. Tam spotkałem Niemców, których mijałem już kilka razy na trasie. Mała niemiecka rodzina plus nepalski przewodnik i dwóch tragarzy. Typowy Hans, Uli i Helga. Doczepiłem się do nich i następnego ranka postanowiliśmy wspólnie przejść przełęcz Cho La (5400 m n.p.m.). Zacierałem ręce jak mała mucha na gównie.
 

 
Gdy obudziłem się następnego dnia, szybko zorientowałem się, że sprawy się skomplikowały. Napadało prawie pół metra śniegu, co bardzo utrudniało przedostanie się przez przełęcz. Dało się przejść, ale przy takiej ilości śniegu nie widać, czy stąpasz po skale, czy poza nią. O złamaną nogę naprawdę łatwo. Nikt nie chciał ryzykować, a już na pewno nie ja. Wszyscy szli w grupach, a ja przecież byłem sam. Dopiero gdy pojawiło się słońce, ktoś tam dyplomatycznie rzekł:

– Chuj nam w dupę! Idziemy!

I tak też się stało. Początkowo było dość ciekawie i zabawnie. Szliśmy gęsiego. Za mną pełzł niemiecki babus, który zadawał najgłupsze pytania na świecie. Przykładowo:
– Tony, a który raz będziesz szedł przez tę przełęcz?
– Serio pytasz? – odwróciłem się.
– Tak.
– Od kilku lat robię tę przełęcz codziennie.
– Naprawdę?
 

 
– A co to jest kobietaaaa? – zapytała innym razem.
– W zasadzie to samo co mężczyzna, tyle że się nie czesze – odpowiedziałem.

Podobnych pytań było całe mnóstwo. Może i dobrze, że to nie ja byłem jej przewodnikiem. W pewnym momencie stanąłbym i zaczął podpuszczać ją, żeby upiłowała sobie nogę albo roztrzaskała kamień na dyńce. Ta pewnie by to łyknęła i byłaby kupa zabawy.

– A dlaczego leci mi krew?

Zacząłem rozważać, jak najłatwiej upozorować jej wypadek. Tymczasem najbardziej przejebane miał facet na czele stawki – musiał przebijać się przez świeży śnieg. Jak taki lodołamacz Arktyka tudzież maciupki spychacz. W miarę jak szliśmy w górę, cały peleton zaczął się rozsuwać. Ja szedłem gdzieś pośrodku. W pewnym momencie dotarło do mnie, że idę sam. Całe szczęście, że przede mną były jakieś ślady, inaczej nie wiedziałbym, dokąd iść.


Droga przez piekło

 

Słońce co chwilę zmieniało zdanie. Raz świeciło sobie wesolutko, by za chwilę na złość spierdolić za chmury. Aż nagle zrobiło się tak gorąco, że gdybym miał musztardę rosyjską i patyk, to mógłbym sobie usmażyć fiuta. A tak to tylko obszedłem się smakiem. Gdy tylko się rozebrałem, zacząłem się ubierać na nowo. Takie są właśnie uroki Himalajów. Raz zimno, raz ciepło. A raz niemiecki babus.

Przede mną wyrosła biała mazaja, która była ostatnią górką do podejścia. Przełknąłem ślinę.
 
Białe sranie
 
Męczyłem się z nią naprawdę długo. Jedyną myślą, która pchała mnie na przód, była ta o Kilimandżaro. Skoro tam dałem radę, to dlaczego miałbym polec właśnie tutaj? Ja nie dam rady?! Robiłem cztery kroki do góry i stawałem. Robiłem dwa kroki i stawałem. I tak przez dwie godziny przy rozsadzającej głowę chorobie wysokościowej. Gdzieś tam był jeszcze niemiecki babus, który pewnie proponował seks nepalskiemu przewodnikowi, zadając przy tym najgłupsze pytanie na świecie:

– Co powiesz na powodowany popędem akt nieusankcjonowanego przez Kościół Przymierza?

Cholera ją wie. Może ją gdzieś tam dymał po drodze.

Po czterech godzinach mordęgi dotarłem na szczyt. Na wpół żywy.
 

 
I tutaj mógłbym zakończyć tę historię górnolotną puentą motywującą do działania. Ale nie będzie tak pięknie. Na samym szczycie sięgnąłem po bidon z wodą. Przechyliłem go do końca i zacząłem w plecaku szukać drugiego. Gdy go tylko podniosłem, momentalnie pobladłem.

– O ja pierdolę! Nie mam wody! – krzyknąłem. – Skończyła mi się, kurwa, woda!

Sytuacja była naprawdę zła. Co z tego, że udało mi się dojść na sam szczyt przełęczy, skoro przede mną minimum dwie godziny drogi na dół? Jak ja wytrzymam bez wody?

Poczekałem chwilę na Niemców, aby dogonili mnie na szczycie.

– Słuchajcie, macie jakiś zapas wody? – zapytałem.
– My… My mamy, ale tylko dla siebie – odpowiedział Niemiec.
– A co to jest woda? – wtórował jemu babus.

Popytałem po wszystkich tragarzach i nikt nie chciał mi dać choćby kropelki. No to kaplica. Amen. Przepadłem. Bez wody nie ma szans, żebym doszedł. Helikoptera też nie mogłem zamówić, bo przecież nie miałem ubezpieczenia. Czułem, że stoję po pas w jeziorze gówna i powoli zaczynam robić przysiady. Niby droga w biegnie w dół, ale to nadal ogromny wysiłek, i to jeszcze na wysokości 5000 m n.p.m. Jedyne, co miałem w plecaku, to tabletki na oczyszczanie wody. Mógłbym rozpuszczać śnieg od razu w bidonie. To był mój plan ostateczny.


Brak wody

 

Ruszyłem w dół i szybko zorientowałem się, że rozpuszczanie śniegu to jedyna możliwość. Gdybym był gdziekolwiek indziej, mógłbym wydoić jaka i chociaż mleka się napić. I potem go wydymać. Ale niestety. Tam ich nie było.

Zacząłem od jedzenia śniegu. Mało zachęcający w smaku. Przywodził mi na myśl… Sernik rosyjski o niesamowicie lekkiej konsystencji i orzechowym spodzie. Przepyszny, delikatny i bardzo puszysty ze słodkim lukrem i podprażonymi płatkami migdałowymi. To było właśnie to. Gdybym miał choćby kieszonkowy keczup… Albo chrzan. Cokolwiek. A tak na sucho to w ogóle nie wchodziło. Przerzuciłem się na pakowanie śniegu do bidonu. Potem czekałem, aż stopnieje, i dorzucałem po dwie tabletki na oczyszczenie wody. Nic innego nie przychodziło mi do głowy.

Po godzinie drogi usłyszałem dźwięk wody. Płynęła sobie malutkim strumykiem, ale choć ją słyszałem, to nie byłem w stanie zlokalizować. Okazało się, że 200 m niżej napływała do malutkiego jeziorka. Wsadziłem do niego bidon i po chwili zrobiłem kilka łyków. Zimna w cholerę, ale jakże zbawienna! Byłem bezpieczny. Pozostałe półtorej godziny drogi przeszedłem bez przeszkód. Nie licząc tych płotków, które ktoś poustawiał co 5 kroków. Wycieńczony ale szczęśliwy dostałem się na miejsce. Silniejszy i jeszcze czarniejszy. I nawet się rozchmurzyło.
 
Tony Bunkrów nie ma autor kim jest Tony zdjęcie
 
Gdy się zalogowałem w schronisku (spanie za friko, ale jesz u nich), to do restauracji weszła gwiazda przełęczy, czyli niemiecki babus. Cały na biało. Gdy tylko mnie zobaczyła, od razu zapytała:

– Przeżyłeś bez wody?
– Nie, kurwa, poległem!


Lubisz czarny humor? Chcesz więcej historii? Kup sobie książkę!

Książka czarny humor ironia sarkazm

Następna historia:
Nic tak nie cieszy jak złamana ręka

Related Post