Nepal – Droga przez piekło

Bunkrów nie ma II

Schodziłem z góry Gokyo Ri, gdy daleko w szczelinie między dwoma wierzchołkami pojawiła się sylwetka helikoptera. Zrobił rundkę dookoła jeziora, zapętlił za szczytami i zacząć obniżać kurs. Lądował praktycznie 200 metrów ode mnie, więc miałem go jak na dłoni. Cała okolica nagle ożyła. Ze stoku podniósł się lekki kurz, łąka zaczęła falować, a pasące się na niej jaki – uciekać. W powietrzu wisiało coś przerażającego. Ogarnął mnie strach…


Helikopter

Helikopter zetknął się z ziemią, obroty silnika wyraźnie spadły i po chwili otworzyły się drzwiczki. Z pojazdu wyszło dwóch facetów, z których niższy wyraźnie wskazywał ręką na najbliższe zabudowania. Wyglądało na to, że daje znaki wyższemu, gdzie tamten ma iść.

droga przez piekło

Po chwili ten wyższy pobiegł we wskazane miejsce. Gnał ile sił w nogach. Wyglądało to dramatycznie. Gościu zatrzymał się dopiero przy pierwszym budynku. Tak się złożyło, że był to mały wesoły kibelek. Wysoki wskoczył do środka i siedział tam ze trzy minuty. Albo stał. Cholera go wie. W tym samym czasie niższy dawał pilotowi śmigłowca jakieś znaki. Lewa ręka do góry, prawa na dół… Nie wiem, o co chodziło. Zakładałem, że gościu nie próżnował i ćwiczył z Chodakowską, gdzie się da.

Wysoki wreszcie wylazł, wyraźnie zmęczony. Ten niższy momentalnie zaczął popędzać go ręką. Wyglądało, jakby odbili zakładnika. Wskoczyli do pojazdu, zatrzasnęli drzwi, pilot dodał obrotów, po czym helikopter oderwał się od ziemi. Błyskawicznie zawrócił w powietrzu i odleciał w kierunku, z którego przyleciał.


Rozwiązanie zagadki

Gdy dotarłem do schroniska, próbowałem się dowiedzieć, o co tu chodzi. Wyjaśnił mi właściciel ośrodka.

– To turyści z Chin – rzekł Nepalczyk. – Płacą grube pieniądze, żeby tu dolecieć. Startują jeszcze w Katmandu, przylatują na kilka minut i wracają.
– Dlaczego tylko na kilka minut?
– Bo inaczej rozłożyłaby ich choroba wysokościowa.
– No dobra – powiedziałem. – Ale on nawet zdjęcia nie zrobił.
– Nie zrobił? – zapytał zdziwiony.
– No nie zrobił! – odpowiedziałem.
– A co zrobił?
– Nie wiem, co dokładnie. Ale mam pewne przypuszczenia.
– Więc?
– Wyglądało to tak, jakby przyleciał się tu zesrać.


Przy kominku

Tamtego wieczoru postanowiłem trochę się uspołecznić. Dołączyłem do innych podróżników grzejących się w restauracji. Pośrodku sali stał kominek, wszyscy siedzieli dookoła niego. W schronisku nie ma zbyt wielu rozrywek. Możesz grać w karty, robić sweter na drutach, oglądać mapę, którą już widziałeś 500 razy, albo rozmawiać o tym, komu bardziej wali z butów. Gdy zdjąłem lewego kalosza, stwierdziłem, że nie ma dla mnie konkurencji. Wystarczył jeden buch z tego trampka, by nawet doświadczony pracownik oczyszczalni ścieków palnął sobie w łeb. Aż oczy łzawiły. Bóg rozważał, czy znowu nie posłać Syna na Ziemię. Ku wybawieniu.

Spotkałem typka z Australii, który kilka dni wcześniej był na najwyższej na świecie imprezie techno. Gdzie? W bazie pod Mount Everestem. Na miejsce przyleciał DJ z całym sprzętem. Kilkadziesiąt osób świętowało w miejscu, w którym jedyną muzyką był huk zsuwającej się lawiny. Zdejmowali buty trekkingowe, wlewali w nie browar i walili hejnały. Wszystko przy tłustym techno.

Krok za krokiem śmigałem przed siebie w kierunku przełęczy Cho La. Tak, wiem. Nazwa niewiele mówi. Po drodze spotkałem Belga, który miał siedemdziesiąt dwa lata i zasuwał po górach jak mała kozica. Miał chłop krzepę, a ja – jedynie na szyi rzepę. Powiedziałem mu, że jestem z Polski, a ten się uśmiechnął. Przy tym wszystkim odcinał scyzorykiem nitki z nowej kurtki.

– Jak byłem młodszy – zaczął Belg – miałem okazję wspinać się razem z Kukuczką.
– Tak właśnie pomyślałem.
– Naprawdę? – zdziwił się Belg.
– Gdy zobaczyłem, jak odcinasz nitki, wiedziałem od razu, że i podpiłowanie liny nie sprawiłoby ci problemu.

Uśmiechnąłem się do niego, a ten zajarzył dopiero po chwili.

– A to dobre! – zaśmiał się. – A teraz coś ci o nim opowiem.
– Słucham.
– To był człowiek z żelazną psychiką. Skromny, cichy, ale z charakterem barana.
– W sensie – głupi?
– Nie. Jak miał przeszkodę przed sobą, to tak mocno na nią parł, aż ją wreszcie powalił. Nie znam ludzi z większą determinacją. Nie w XXI wieku. Ludzie są mięciutcy w środku. Messner był inny. Znasz?
– Znam. Typ wygląda jak siwe yeti. Ten, co pierwszy zdobył wszystkie czternaście ośmiotysięczników?
– Zgadza się. Wędrowałem z nim w Alpach. Strasznie nadęty facet. Facet napisał trzydzieści książek! Wszystkie o sobie.
– Ja to jedną napisałem, a i tak mam wybujałe ego.
– A o czym napisałeś książkę?
– A, takie tam bazgroły.

Pogadaliśmy jeszcze chwilę. Zabrałem mu nóż, podciąłem mu gardło, oderwałem głowę i zrzuciłem ją w przepaść. Ku memu zdziwieniu reszta tułowia zaczęła planować na mapie dalszą część trasy, a po chwili wyjęła małą gitarę i tańcowaliśmy do rana. Koniec.


Niemiecka rodzina

W pół godzinki dotarłem do schroniska w Dragnag. Tam spotkałem Niemców, których mijałem już kilka razy na trasie. Niemiecka rodzina, dwóch tragarzy i nepalski przewodnik. Typowy Hans, Uli i Helga. Doczepiłem się do nich i następnego ranka ruszyliśmy w kierunku przełęczy Cho La (5400 metrów n.p.m.). Zacierałem ręce jak mała mucha na gównie.

Gdy obudziłem się następnego dnia, zdałem sobie sprawę, że sprawy się skomplikowały. Napadało prawie pół metra śniegu. By przedostać się przez przełęcz, musielibyśmy nad nią przefrunąć. Dało się przejść, ale przy takiej ilości śniegu nie widać, czy stąpasz po skale, czy poza nią. O złamaną nogę naprawdę łatwo. Nikt nie chciał ryzykować, a już na pewno nie ja. Wszyscy szli w grupach, a ja przecież byłem sam. Dopiero gdy pojawiło się słońce, ktoś tam dyplomatycznie rzekł:

– Chuj nam w dupę! Idziemy!

I tak też się stało. Początkowo było dość zabawnie. Szliśmy gęsiego. Za mną pełzł niemiecki babus, który zadawał najgłupsze pytania na świecie. Przykładowo:

– Tony, a który raz będziesz szedł przez tę przełęcz?
– Serio pytasz? – Odwróciłem się.
– Tak.
– Od kilku lat robię tę przełęcz. Codziennie.
– Naprawdę?
– Daj mi się skupić. Idziemy w śniegu. Jeszcze ten silny wiatr.
– A co to jest wiatr?
– Wiatr to przepływ powietrza, potrzebny do przeniesienia śmieci z jednego końca miasta na drugi.

Podobnych pytań było całe mnóstwo. Może i dobrze, że to nie ja byłem jej przewodnikiem. W pewnym momencie stanąłbym i zaczął podpuszczać ją, żeby upiłowała sobie nogę albo roztrzaskała kamień na dyńce. Ta pewnie by to łyknęła i byłaby kupa zabawy.

– A dlaczego leci mi krew?

Zacząłem planować, jak skutecznie upozorować jej wypadek. Najgorzej miał facet na czele stawki. Musiał przebijać się przez świeży śnieg. Jak lodołamacz Arktika tudzież maciupki spychacz. W miarę jak szliśmy w górę, cały peleton zaczął się rozsuwać. Ja znajdowałem się gdzieś pośrodku. W pewnym momencie dotarło do mnie, że idę sam. Całe szczęście, że przede mną były jakieś ślady, inaczej nie wiedziałbym, dokąd iść. Słońce co chwilę zmieniało zdanie. Raz świeciło sobie wesolutko, by za chwilę na złość uciec za chmury. Gdy tylko się rozebrałem, zacząłem się ubierać na nowo. Takie są właśnie uroki Himalajów. Raz zimno, raz ciepło.


Droga przez piekło

Przed nami wyrosła biała mazaja, która była ostatnią górką do podejścia. Na niej wznosiła się przełęcz, po której wiodła droga w kierunku doliny u stóp Nuptse. Stamtąd był już rzut beretem do bazy pod Everestem. Przełknąłem ślinę. Męczyłem się z tą górą bardzo długo. Jedyną myślą, która pchała mnie naprzód, była ta o Kilimandżaro. Skoro tam dałem radę, to dlaczego miałbym polec właśnie tutaj? Ja nie dam rady?! Robiłem cztery kroki do góry i stawałem. Robiłem dwa kroki i stawałem. I tak przez dwie godziny przy rozsadzającej głowę chorobie wysokościowej. Po czterech godzinach mordęgi dotarłem na szczyt. Na wpół żywy.

I tutaj mógłbym zakończyć tę historię górnolotną puentą motywującą do działania. Ale nie będzie tak pięknie. Na samym szczycie sięgnąłem po bidon z wodą. Przechyliłem go do końca i zacząłem w plecaku szukać drugiego. Gdy go tylko podniosłem, momentalnie pobladłem.

– O ja pierdolę! Nie mam wody! – krzyknąłem. – Skończyła mi się woda!

Sytuacja była naprawdę zła. Co z tego, że udało mi się dojść na sam szczyt przełęczy? Przede mną minimum trzy godziny drogi na dół. Jak ja wytrzymam bez wody?

Poczekałem chwilę na Niemców, aby dogonili mnie na szczycie.
– Słuchajcie, macie jakiś zapas wody? – zapytałem.
– My… My mamy, ale tylko dla siebie – odpowiedział Niemiec.
– A co to jest woda? – wtórował jej babus.

Popytałem po wszystkich tragarzach. Nikt nie chciał się podzielić choćby kropelką. No to kaplica. Amen. Przepadłem. Nie ma szans, żebym gdziekolwiek doszedł bez wody. Helikoptera też nie mogłem zamówić. Nie miałem ubezpieczenia. Czułem, że stoję po pas w jeziorze gówna i powoli zaczynam robić przysiady. Niby droga biegnie w dół, ale to nadal ogromny wysiłek, i to jeszcze na wysokości 5000 metrów. Jedyne, co miałem w plecaku, to tabletki na oczyszczanie wody. Mógłbym rozpuszczać śnieg od razu w bidonie. To był mój plan ostateczny.


Brak wody

 Ruszyłem w dół. Szybko zorientowałem się, że rozpuszczanie śniegu to jedyna możliwość. Gdybym był gdziekolwiek indziej, mógłbym wydoić jaka i napić się mleka. Ale niestety. Tam ich nie było.

Zacząłem od jedzenia śniegu. Mało zachęcający w smaku. Przywodził mi na myśl… sernik rosyjski o niesamowicie lekkiej konsystencji i orzechowym spodzie. Przepyszny, delikatny i bardzo puszysty, ze słodkim lukrem i podprażonymi płatkami migdałowymi. To było właśnie to. Gdybym miał choć kieszonkowy keczup… Albo chrzan. Cokolwiek. A tak na sucho to w ogóle nie wchodziło. Później pakowałem śnieg wprost do bidonu. Chwilę czekałem, aż stopnieje. Dorzucałem po dwie tabletki na oczyszczenie wody. Nic innego nie przychodziło mi do głowy.

Po godzinie drogi usłyszałem dźwięk wody. Płynęła sobie malutkim strumykiem, ale choć ją słyszałem, to nie byłem w stanie jej zlokalizować. Okazało się, że 200 metrów niżej wpada do malutkiego jeziorka. Wsadziłem do niego bidon. Po chwili wziąłem kilka łyków. Zimna w cholerę, ale jakże zbawienna! Byłem bezpieczny. Pozostałe półtorej godziny drogi przeszedłem bez przeszkód. Wycieńczony, ale szczęśliwy dostałem się na miejsce. Przesunąłem swoją granicę komfortu. I nawet się rozchmurzyło.

Gdy zalogowałem się w schronisku, do restauracji weszła gwiazda przełęczy, czyli niemiecki babus. Cały na biało. Gdy tylko mnie zobaczyła, od razu zapytała:

– Przeżyłeś bez wody?
– Nie, kurwa, poległem!


Lubisz czarny humor? Chcesz więcej historii? Kup sobie książkę!

Książka czarny humor ironia sarkazm



Następna historia:
Nic tak nie cieszy jak złamana ręka