Kambodża – Bamboo Train

Kambodża Bamboo Train

Minęły święta Bożego Narodzenia, a pod choinkę dostałem jedynie wypiętą Holenderkę. Brazylijka zapadła się pod ziemię jak Atlantyda. Wyszedłem z założenia, że leczyła jakieś kontuzje. Musiała mieć rozcięty łuk brwiowy po walce z Holenderką i pewnie zakleiła go sobie butaprenem.


Bamboo Train w Kambodży

 
Na 3 dni przed sylwestrem ja i Holender udaliśmy się do Battambang w Kambodży. Potem plan był taki, że śmigamy do Sihanoukville. Nie jechaliśmy autobusem, ale zdecydowaliśmy się na rejs statkiem. Początkowo przebijaliśmy się przez jakieś jebane trzciny, następnie przez otwarte jezioro, żeby finalnie wbić w wioskę na wodzie. Wszystko było wybudowane na palach. Każdy budynek był jakby oddzielną wysepką.

Szkoła była na wodzie, a obok na kolejnej drewnianej, niezatapialnej konstrukcji – sala gimnastyczna. Wymiana towarów, transport, życie nocne… Dosłownie wszystko odbywało się na wodzie. W takich warunkach nie było mowy o bezdomnych. Trzeba byłoby cały czas pływać.
 
Kambodża Wioska na wodzie Kambodża Tonle Sap Battambang
 
Wreszcie po zrobieniu wielu pasjonujących zdjęć dobiliśmy do brzegu w Battambang. Tam jedyne, co nas interesowało, to Bamboo Train. Mieliśmy się tam wybrać z samego rana. Holender zaczął wydziwiać, że jest zajechany jak skrzypce Cygana i że idzie w kimę. Ja poszedłem jeszcze trzasnąć sobie browarka przed snem.


Bogaty Francuz vs biedny Polak

 
Przysiadł się do mnie jakiś Francuzina. Koleś był nudny jak porno z Amiszami. Pochodził z Paryża. Zgadłbym z daleka, że jest z Francji, bo w 40-stopniowym upale nosił szalik. Siedzieliśmy dobre 50 minut i gadaliśmy o pierdołach. Gdy przyszło do płacenia rachunku, koleś powiedział coś takiego:

– Tony, stop! Ja zapłacę za te piwa.
– Dziękuję, miło z twojej strony. Ale dlaczego chcesz za mnie płacić? – zapytałem zaskoczony.
– Jesteś z Polski, to jest biedny kraj. Ja za ciebie zapłacę, spokojnie.
– Co?! – Oburzyłem się. – Rozumiem, że chcesz być miły, ale nie kumasz, gościu, że to, co powiedziałeś, brzmi mi źle. To coś jakby: „Ty, Francuz, z domysłu jesteś bogaty, a ja to biedny Polak”. Skoro rozmawiamy w Azji, to znaczy, że mam pieniądze na pobyt tutaj.
– Mimo wszystko chciałbym za ciebie zapłacić – nalegał Francuz.
– Nie, kurwa! – wykrzyczałem. – Jeśli twoim jedynym uzasadnieniem jest to, że jestem Polakiem, w twoim przekonaniu biednym, to ja się nie zgadzam. Mogłeś powiedzieć, że ty chcesz zapłacić teraz, a ja to zrobię następnym razem. Zgodziłbym się.
– Zapłacę, zapłacę… – ciągnął swoje Francuzik.
– No dobra, jak chcesz – stwierdziłem z uśmiechem na ryju. – Kelner!

Po chwili przybiegł kelnerzyna.

– Tak? Słucham panów.
– Chciałbym domówić najdroższego szampana, flaszkę wódki i jeszcze 5 piw. Ten pan zapłaci, bo jest bogatym Francuzem.

Spojrzałem na niego. Był widocznie poirytowany moim zamówieniem, ale dostał to na własne życzenie. Ceny w Battambang i tak nie były wygórowane.


Jak zbudować pociąg w minutę?

 
Na drugi dzień Holender nerwowo zaczął szukać dostępu do internetu. Dostał informację od kumpla, że coś się dzieje z jego żoną. Ziom nie wchodził w szczegóły. Mimo wszystko wzięliśmy tuk-tuka i pojechaliśmy 30 kilometrów za Battambang obczaić Bamboo Train.

Po zapłaceniu 8 dolarów koleś przystąpił do budowy Bamboo Train. Na tory kolejowe położył coś w rodzaju podwozia. Były to dwie niepołączone ze sobą osie. Na to wszystko położył tratwę, wyścielił ją jedną matą i domontował silnik. Zajęło mu to około minuty. Nie było to TGV ani Pendolino. Była to tak naprawdę rozkładana drezynka, mniej więcej taka, na jakiej jeździli kiedyś Bolek i Lolek.

Motorniczy Stefan popierdalał jak szalony. Gościu wyglądał jak wycięty z kreskówki. Miał bardzo plastyczną i ciekawą twarz. Twarze większości Azjatów są to do siebie podobne. Jego wzbudzała zainteresowanie. Przypominała trochę tatarskie siodło.

Odpalił sobie szluga i podkręcił obroty. Tratwa śmigała dobre 40 km/h. Wszystko zaczęło się trząść i charczeć.

Za chwilę daliśmy grubo po hamulcach. Z przeciwka jechała inna tratwa. Zatrzymaliśmy się metr od siebie. Motorniczy zagrali w „papier, nożyce, kamień”. Przegrany musiał zdjąć tratwę, odstawić dwie osie na bok i na nowo zamontować wszystko 4 metry dalej za przeciwną tratwą. Mieliśmy farta, że akurat nie było kanarów.

Gdy wróciliśmy z powrotem do Battambang, Holender dostał wiadomość od żony, że urodziło mu się dziecko.

– No to gratuluję, stary! – zagadałem. – Nic nie wspominałeś.
– Niech ja tylko znajdę tego skurwysyna…


Najzabawniejsza książka podróżnicza na polskim rynku.

Książka z czarnym humorem

Następna historia:
Najlepsza praca na świecie