Nepal – Nic tak nie cieszy jak złamana ręka
Gdy człowiek łamie rękę wysoko w górach, najpewniej czeka go śmierć. Gdy przytrafiło się to pewnej Irlandce, byłem wniebowzięty. Przeszła mnie fala rozkoszy, która zamieniła się błogość.
Piramida
Dzień po mordędze na przełęczy dotarłem do Piramidy (5050 metrów n.p.m.), która jest podupadającą stacją badawczą. Zbudowali ją Włosi. Monitoruje pogodę w Himalajach. Cena za nocleg to rozbój w biały dzień. W ramach pakietu serwują tam dwa posiłki dziennie, śmiga bezpłatne Wi-Fi i – co najważniejsze – można wziąć ciepły prysznic. Zasłużyłem na niego. Spałem od kilku dniach na pryczach bez ogrzewania, gdzie nocami temperatura spadała do minus dwudziestu stopni! Po wcześniejszych przygodach chciałem chociaż na chwilę wrócić do strefy komfortu.

Grubasek
Stację badawczą prowadził nepalski grubas. Codziennie monitorował dla himalaistów pogodę w regionie, podawał ciepłe jedzonko i chłodne browarki. Skubaniec był tak gruby, że gdyby na urodziny znajomi zaczęli podrzucać go na kocu, to momentalnie pourywałoby im łapy. Robił kiedyś jako kotwica na kutrach. Marynarze przywiązywali go do cumy i wrzucali do morza. I nawet przy największych sztormach statki tkwiły w miejscu.
Koleś miał spory zapas produktów, o których w Himalajach można tylko pomarzyć. Miał na przykład szpinak. Nie wiem, czy za nim przepadasz, ale szpinak jest trochę jak kutas. To i to trudno wepchnąć dziecku do buzi. Tak mi się spodobało w jego kanciapie, że zamelinowałem się tam na cztery dni. W międzyczasie zrobiłem sobie wycieczkę na Kala Pattar. To punkt końcowy większości trekkingów do bazy pod Mount Everestem. Miejscówka, z której roztacza się najlepszy widok na najwyższą górę świata.
Baza pod Mount Everest
Większość turystów przybywających w rejon Mount Everestu ma prosty plan. Idą bezpośrednio do bazy, która sama w sobie jest nudna. Kilka namiotów i śnieg dookoła. „Ale przecież można spotkać himalaistów” – powiedzą niektórzy. Nie spotkasz. Kolesie celowo izolują się od turystów. Gdyby się okazało, że któryś z turystów sprowadził chorobę do obozu, rozmontowałoby to wszystkim plany wejścia na sam wierzchołek. Mała bakteria i himalaiści sraliby na miętowo, co zmniejszyłoby ich szanse ataku na szczyt. A taka przygoda kosztuje minimum 30 tysięcy euro. I co najciekawsze, z bazy położonej na 5300 metrach nawet nie widać Everestu. Nie wiem więc, po jaką cholerę się tam pchać. To tak, jakby pójść do klubu ze striptizem i usiąść za filarem. Jedno jest pewne: baza pod Mount Everestem to najlepsze miejsce na świecie, by spotkać milionera.
W drodze na Kala Pattar mijałem setki wycieczek zorganizowanych. Ci ludzie nie szli tam dla widoku Mount Everestu, ale dla samej nazwy. W dobie szaleństwa z social mediami która nazwa bardziej pobudza wyobraźnię? Gdy powiesz komuś, że wróciłeś z Mount Everest Base Camp czy z jakiegoś Kala Pattar? Czujesz różnicę? I co z tego, że siedzisz za filarem, a tancerka poharata sobie dupę od boazerii na filarze? Byłeś w bazie pod Everestem! Hashtag, lajki i pół dnia wpatrywania się w szklany prostokąt, który powoli rujnuje ludziom życie towarzyskie.
W tamtej chwili szczerze nienawidziłem wszystkich wycieczek zorganizowanych. Po pierwsze idą na łatwiznę. Nie targają ze sobą ciężkich plecaków. Mają tragarzy, przewodników, dostęp do leków, zapas wody, a nawet butlę z tlenem. A po drugie oni nigdy nie schodzą z drogi. Ile razy spadłbym przez nich w przepaść, bo nie mogli się przesunąć choćby o milimetr! Nawet gdy oślepłem i kijkiem macałem drogę przed sobą, to nie zeszli. Co za podłe karaluchy!

Mój plan
Podobnie jak reszta, wspiąłem się na Kala Pattar, czyli na 5545 metrów. Roztaczał się stamtąd wspaniały widok na Everest. Trochę się pomęczyłem z wiatrem i wysokością, ale wszedłem na sam wierzchołek. Potem wróciłem do swojej kanciapy w Piramidzie, skąd następnego dnia skierowałem się do Chukhungu.
Poszedłem tam głównie po to, żeby na własne oczy zobaczyć południową ścianę Lhotse. To trzykilometrowa, prawie pionowa wieża, na której zginął Jerzy Kukuczka. Przerażające bydlę.
Powrót do Lukla
Gdy wracałem spod ściany, natknąłem się na czorten Kukuczki. Od tamtego momentu pędziłem już jak szalony do Namcze Bazaru, a kolejnego dnia – do lotniska w Lukli. Zrzuciłem dobre dziesięć kilo przez dwa tygodnie, więc gnałem jak torpeda. Nic dziwnego. Najpierw przeszedłem dookoła Annapurny 100 kilometrów. Tydzień później – kolejne 150 kilosów przez trzy przełęcze w rejonie Everestu. Razem – około 250 kilometrów chodzenia po górach. I to z 15-kilowym plecakiem. Widzisz, jaka nuda, gdy piszę o chodzeniu?

Gdy dobiłem do Lukli (gdzie mieści się lotnisko), okazało się, że poranna mgła nie pozwala na żadne wyloty. Tylko helikopterom ratunkowym. Właściciele pensjonatów i restauracji w Lukli codziennie rano spoglądali w okno i gdy tylko widzieli mgłę, zacierali ręce jak mucha na gównie. Uziemili nas. Mnie to wcale nie było na rękę. Raz, że kończyła mi się gotówka, a dwa, że śmierdziałem jak bezdomni, którzy oddają samochody Rydzykowi i zaraz po tym umierają. Prysznic kosztował fortunę, a ja – nawet gdybym miał zacząć się kurwić w celu poprawiania mojego stanu materialnego – przecież i tak musiałbym się najpierw umyć. A prysznic kosztował fortunę. I tu koło się zamykało.
Jak zaaranżować wypadek?
Codziennie rano był ten sam scenariusz. Budziłem się przed siódmą i z nadzieją biegłem na lotnisko. Tam czekałem kilka godzin, by dowiedzieć się, że mój lot przełożono na następny dzień. Wymyśliłem sobie kilka planów awaryjnych. Były one wielce niehumanitarne. Jedyną deskę ratunku stanowił wypadek innego turysty. Kogoś, kto wcześniej wykupił ubezpieczenie. Ja swojego nie miałem. Nawet gdybym odciął sobie głowę, nikt by nie miał z tego pożytku. Ale ubezpieczony turysta to co innego. Wtedy helikopter ściągnąłby go do Katmandu. Ja zrobiłbym wszystko, by znaleźć się z nim na pokładzie. Tylko gdzie ja tu znajdę kalekę? Potrzeba matką wynalazku!
Przez kilka następnych dni czyhałem na czyjś wypadek. Śledziłem wielu pijanych. Podkładałem pułapki. Spuszczałem lawiny ze stoków. Nic nie działało. Pogoda więziła nas na lotnisku. Ludzie na sali odpraw zaczęli krzywo na mnie patrzeć. Wypytywałem, jak kogoś otruć w miarę bezpieczny sposób. Mogli coś niuchać.
Traciłem nadzieję. Moja sytuacja stawała się beznadziejna. Kończyła mi się kasa. Modliłem się w duchu, by nadszedł dzień, gdy ktoś zrobi sobie krzywdę. Gdy tylko słyszałem postękiwanie lub jęk, od razu się uśmiechałem. Przy odrobinie szczęścia jakiś turysta mógłby złamać sobie kręgosłup i do końca życia śmigać na wózku. A przeze mnie przeszłaby fala rozkoszy… Ale nic z tego. Zero kontuzji. Zawsze się okazywało, że te jęki to zmyłka. Bo ktoś nadepnął na psa albo po prostu miał taki śmiech.
Ostateczna decyzja
Czasami mówię sobie: „Przestań mówić do siebie”. Ale w tym wypadku to było konieczne:
– Podjąłem decyzję – powiedziałem do siebie. – Jutro spycham jakiegoś Niemca w przepaść, potem schodzę po niego i zamawiam helikopter.
Wytypowałem ofiarę. Chwilę później usłyszałem od kumpla, że jakaś Irlandka złamała sobie rękę. To był jeden z najszczęśliwszych momentów w moim życiu.

Musiałem tylko dopilnować, by żaden bezduszny kutas nie próbował jej przypadkiem pocieszać. Trzymałem kciuki za to, by było to otwarte złamanie. Takie, które budzi nadzieję na amputację całej ręki. Jak się okazało, kontuzja była bardzo poważna. Kobieta musiała zostać poddana natychmiastowej hospitalizacji. Mimo to dla absolutnej pewności zaproponowałem jej pojedynek na rękę i mały sparing w stójce.

Masaż
Dwie godziny później czekaliśmy na wylot. Dreptaliśmy w miejscu jak dziwki na mrozie. Uciąłem sobie pogawędkę z Amerykaninem. Gość załapał się na helikopter przypadkiem. Wszedł do cukierni po pączka, a za pół godziny czekał już na start razem ze mną i poturbowaną Irlandką (całe szczęście!).

– Nie mogę się doczekać, aż wrócimy do Katmandu – rzekł Amerykanin. – Wyładujemy tę połamaną i od razu pobiegnę na masaż!
– A to jest taki masaż, o jakim myślę? – zapytałem.
– To znaczy?
– Taki jak w Tajlandii. No wiesz…
– Aaaaa… – przeciągnął Amerykanin. – To zależy od tego, jak trafisz albo jak mocno przekupisz babę z masażu. Choć w Katmandu byłem już w czterech miejscach i tylko w jednym mi zwalili.
– To może zrób stronę internetową, na której umieścisz mapkę z salonami masażu. Mam już nawet nazwę.
– No, jaką?
– Zwalą-niezwalą.com.
– Brzmi nieźle… – skomentował. – Nie zwalą ci tu, a zwalą ci tam. Coś czuję, że to zawojuje internet. Pomyśl, ilu ludzi dzięki temu zaoszczędzi pieniądze i nerwy.
– No dobra, to gdzie ci konkretnie zwalili?
– Nie wiem, czy ci się to miejsce spodoba. – Amerykanin pokręcił głową.
– Bo?
– To był świeżo otwarty salon z masażem. Właściciel nie zdążył jeszcze znaleźć pracowników i…
– I?
– I póki co sam się wszystkim zajmował.
Lubisz czarny humor? Chcesz więcej historii? Kup sobie książkę!

—
Następna historia:
Czy warto pić w podróży?
3 komentarze