Malezja – Pijany na skuterze

pijany za kierownicą Malezja skuter

Pijany za kierownicą? Czemu nie… Największym minusem wyspy Penang jest to, że nie ma życia nocnego. Wszelkie tego typu rozrywki odbywają się na sąsiedniej wyspie Langkawi. Wprawdzie była możliwość wyjścia do baru, ale nie w miejscu, w którym się zatrzymałem. Musiałbym za każdym razem wypożyczyć skuter, którym bez problemu bym dojechał, ale o powrocie po pijaku nie było mowy. Przecież to nierozsądne i głupie.


Życie nocne w Georgetown

 
Wypożyczyłem skuter od Hindusów. Wszyscy ci kolesie mieli dziwne czerwone kropki na czołach. Rozejrzałem się dookoła, wyjrzałem za okno, ale nie było śladu po snajperach. Plan był taki, że w jedną stronę dojadę na trzeźwo, zostawię tam skuter, a rankiem pojadę po niego autobusem i odbiorę go. Miało mnie to również zmotywować do poderwania kobiety i zostania u niej (w obrębie barów) na upojną noc. Plan odważny, ale – jak to zwykle bywa – niewdrożony w życie.

Gdy tylko zaparkowałem swój skuter w Georgetown, odkryłem, że nie ma zbyt wielu ludzi. Czwartek nie jest najlepszym dniem na imprezowanie. Przeszedłem się trochę po mieście i porobiłem zdjęcia niesamowitej sztuce ulicznej, którą po całym Georgetown porozsiewał Litwin Zacharevic. Gość ma do tego łeb nie od, kurwa, parady.

 
Street Art Zacharevic w Georgetown w Malezji
 

Pustki w barze

 
Wróciłem do baru, a tam nadal pustki. Gdzie ci ludzie? Gdzie te kobiety, u których mam nocować? Mimo wszystko byłem cierpliwy. Zamówiłem jedno piwo, drugie, trzecie, czwarte… Dalej nic. Nie byłem pijany i nie było nikogo. Gdzie ci ludzie, do kurwy nędzy? Czy jest jakieś szczególne wydarzenie, które spędziło wszystkich ludzi w jedno miejsce?

Zmieniłem miejscówkę, bo w barze, w którym siedziałem, nie działo się nic. Nawet bakterie stamtąd pouciekały. Poszedłem do Irish pubu, poznałem kilku Anglików i razem obaliliśmy dwie butelki whisky.


Madagaskar

 

– Wiesz co, Polak – powiedział Anglik, nalewając sobie drinka. – Mówiłeś o Birmie i o tym, że podróż autobusem jest taka uciążliwa. To ja ci coś opowiem.
– No dajesz – odpowiedziałem z zaciekawieniem.
– Byliśmy kiedyś z wycieczką na Madagaskarze. Bardzo egzotyczne miejsce. Załadowali nas do nieklimatyzowanego autobusu. Na zewnątrz było tak gorąco, że kierowca włączył wycieraczki na przedniej szybie, bo pocił się autobus. Sto kilometrów jechaliśmy prawie siedem godzin.

Poprawiłem się na krześle i wziąłem łyka trunku.

– Jak to jest możliwe? – Zapytałem. – Przez dżunglę jechaliście?
– To, że droga była w tragicznym stanie, to jedno, ale to, co wyczyniał kierowca, to drugie. Po godzinie jazdy facet zrobił sobie postój. Zamknął nas w autobusie, żeby lokalni nas nie napadli, a sam poszedł na obiad. Wrócił po półgodzinie. Już wtedy byliśmy na niego wkurwieni. Na zewnątrz temperatura podskoczyła tak bardzo, że niejeden wielbłąd rzuciłby tę robotę w chuj. Ale jechaliśmy dalej. Po dwóch godzinach postój i kierowca kutas znowu nas zamyka. Powiedział, że idzie wziąć prysznic.
– A wy mu na to?
– Zrobiliśmy bunt w autobusie. Lokalni nie wiedzieli, o co nam chodzi. Facet powiedział, że jeśli nam się nie podoba, możemy wysiadać. Nie było wyjścia. Do końca mieliśmy jeszcze dwa takie irracjonalne postoje.
– Ale pijany był?
– Nie, trzeźwy!
– Jak ogólne wrażenia z Madagaskaru?
– Spoko, ale jest rasizm. W sensie, że my mieliśmy wszystko kilkukrotnie droższe, mimo że ceny były przyklejone do produktów.
– To normalka chyba w każdym kraju w Azji, Afryce i Ameryce Południowej.
– Tony, my się zawijamy. Też spadasz?
– Jeszcze zostanę. Muszę wracać autobusem, a pierwszy jest około siódmej. Mam kupę czasu.
– Trzymaj się, stary.
– Pozdro!


Koreańczyk

 

I znów byłem sam. Jedynymi ludźmi, którzy zostali w barze, było kilku Malajów oglądających krykieta oraz dwie dziwki z dwoma Koreańczykami. Podbiłem do nich, bo jeden z nich zaczął przywoływać mnie ręką.

– Hej! – zagadał Azjata. – Jesteś Anglikiem?
– Siema. Nie, absolutnie nie. Jestem z Polski.
– Uuuuu… Aaaaa… Polska!

Koreańczycy wszystko mówią na bezdechu. Jakby byli notorycznie zdziwieni słowami swoich rozmówców. I taka reakcja powstaje niezależnie od tego, co im się powie. Powiesz do Koreańczyka: „Wczoraj wyszedłem z domu i minął mnie facet, który kaszlał”. Koreańczyk, gdy to usłyszy, będzie zafascynowany: „Uuuuu… Aaaaa… Ale ty jesteś szalony, człowieku!”.


Gangnam Style

 
Mimo całej tej sytuacji nie wiedziałem w sumie, jak ugryźć rozmowę z nimi. W kwietniu 2013 roku w całej Azji królowała jedna piosenka – „Gangnam Style”. Była dosłownie wszędzie.

Kupowałem fajki w kiosku, a tam z małego radyjka rozbrzmiewało dumnie „Gangnam Style”. Ktoś inny po zamordowaniu całej swojej rodziny siedział przykuty do krzesła elektrycznego i dostał prawo do ostatniego życzenia. Chciał posłuchać właśnie tego kawałka. Azjaci po prostu oszaleli na punkcie tego numeru – jakby to była najlepsza piosenka, która kiedykolwiek powstała. Lepsza nawet niż „Dumka na dwa serca” Edyty Górniak i Mietka Szcześniaka. Uderzyłem w ten temat.

– Więc… Yyyyy… Lubicie „Gangnam Style”?
– Weź, nawet nie mów. Każdy o to pyta.
– Ale drażni was to?
– Niespecjalnie. Korea jest rozpoznawalna ze względu na Samsunga, naszych północnych sąsiadów i właśnie „Gangnam Style”.
– Skąd w ogóle taka nazwa?
– Ach, to ty nie wiesz? To dzielnica w Seulu. Psy, czyli gościu, który go stworzył, nigdy się nie spodziewał, że ten kawałek będzie aż tak popularny. Nagle wszyscy zaczęli go tańczyć i śpiewać. Gusta są ślepe, bo ta piosenka jest o niczym.


Historia Koreańczyka

 
– Zanim przyjechałem do Malezji – kontynuował – mieszkałem w Hiszpanii, dokładniej w Maladze. Tam oczywiście każdy mnie pytał o to samo. „Korea, naprawdę? Czy umiesz tańczyć »Gangnam Style«? Zatańcz dla nas”. I w sumie godziłem się na to. Oni nawet na ulicy puszczali mi muzykę, a ja tańczyłem, zabawiając tłum. Po chwili wszyscy robili to samo co ja. W pewnym momencie wyłapał mnie z tłumu jakiś menadżer. Zaproponował mi pracę. Miałem trzy, cztery razy dziennie wyjść na podest w klubie i zatańczyć „Gangnam Style”. Byłem elementem wystroju, tak samo jak dozownik w kiblu albo zabytkowy żyrandol. Pomysł zaskoczył, a ludzi to naprawdę porwało. Po pewnym czasie byłem już małą gwiazdą w Maladze. Wszyscy na ulicy mnie kojarzyli.

– Nie wolałbyś, żeby twoja sława nie wynikała akurat z tej piosenki? Tak, żeby każdy nadal cię kojarzył, ale z innego powodu.
– Wiesz, wszyscy chcieliby być wielkimi bokserami, surferami albo piosenkarzami. Ale gdy się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.
– Gdy się nie ma, co się lubi, to się lubi tych, którzy mają

Przez następną godzinę Koreańczycy na zmianę opowiadali mi różne historie z życia w Korei. Przy okazji zabawiali dziwki, które przyszły z nimi. Najlepszą formą rozpieszczania tych kobiet było wydawanie na nie ogromnych ilości pieniędzy. Część z tej kasy trafiała bezpośrednio do kieszeni dziewczyn. Mogły je potem przeznaczyć na swoje dziwkopotrzeby – po uprzednim rozliczeniu się z dziwkobazą.

Wreszcie nadszedł moment, w którym właściciel postanowił pozbyć się klientów i zamknąć bar. Nie to, żeby rozpuścił wszędzie dookoła gaz pieprzowy, ale z kulturą poprosił nas o wypierdalanie. Co miałem, do cholery, ze sobą począć? Była piąta trzydzieści nad ranem, ja byłem mocno już pijany, a najbliższy autobus miał być dopiero o siódmej.


Samobójstwo

 
Prawdę mówiąc, miałem kłopoty z chodzeniem. W związku z tym usiadłem na siedzeniu mojego skutera. Od razu zrobiło mi się lepiej. Jakoś tak stabilniej. Postanowiłem podjechać na przystanek skuterem i tam już definitywnie poczekać na autobus.

Ogromną głupotą jest prowadzić po pijaku, nie? Przecież nie było tak daleko… Co mnie zdziwiło, jechałem bez zarzutu. Po chwili byłem już na przystanku. Cały i zdrowy. Poczułem się na tyle pewnie, że postanowiłem pojechać do następnego przystanku. I tam już definitywnie poczekać na autobus. Przecież nie będę prowadził pijany, nie?


Pijany na skuterze

 

Gdy na dobre się rozpędziłem, nie byłem już w stanie zwolnić. Po prostu nie mogłem. Byłem zbyt pijany. Jadąc przez miasto i potem wzdłuż wybrzeża, ignorowałem wszystkie czerwone światła, niebezpieczne zakręty i znaki drogowe. Ani się obejrzałem, a przejechałem piętnaście kilometrów, po których śmiało trafiłbym do więzienia za przekroczoną liczbę punktów karnych. Zostało raptem pięć czy sześć kilometrów i już bym parkował u siebie przed mieszkankiem. Tam jeszcze prysznic, papierosek, paciorek i spanko.

Mój skuter miał jednak wobec mnie inne plany. Wypstrykał się z paliwa i zwalniając obroty, wreszcie zgasł. Wtedy użyłem dokładnie takich słów, które wypowiada Polak, żeby rozładować nagromadzone emocje. Od razu sobie przypomniałem, jak musiałem pchać to cholerstwo przez Wietnam. Rozejrzałem się dookoła. Nie było śladu po stacji benzynowej. Byłem pośrodku osiedla, które wyglądało jak domy zastępcze dla pracowników biedaszybów.


Tapczany na plecach

 
Rozejrzałem się dookoła. Nie było śladu po stacji benzynowej. Byłem pośrodku osiedla, które wyglądało jak domy zastępcze dla pracowników biedaszybów.
 

Osiedle Pracowników Biedaszybów

 
W takiej snobo-bazie próżno było liczyć na kogoś, kto użyczyłby mi choćby butelkę z paliwem. Więc pchałem to żelastwo do stacji, kląłem, pociłem się i sapałem. Po 15 minutach wyrósł przede mną potężny słup z napisem Petronas. Byłem wyczerpany jak szanse Grecji na kolejną transzę pomocy z UE.
I gdy już myślałem, że to właśnie ja mam najciężej na tym świecie, zauważyłem starszą kobietę, która ledwo zipała. Pracowała pewnie dla firmy przeprowadzkowej i pół życia nosiła na plerach tapczany. To ją tak dojechało. Z resztą sami zobaczcie.
 
Tapczany na plecach


Stacja Benzynowa

 
Gdy przyszło do tankowania, starałem się jak mogłem, żeby tylko nie dyszeć i nie chuchać na gościa, który wlewa paliwo. Skumałby, że jestem walnięty, zadzwoniłby po psy i zgniłbym w malezyjskim więzieniu. Tam ponoć nie było ani jednego mydła w płynie… Nalał mi kilka litrów, podałem mu banknot i facet przemówił.

– Chyba trochę śmierdzisz alkoholem, prawda?
– Skądże? To płyn do spryskiwaczy.
Oboje spojrzeliśmy na mój skuter. Po wymianie uśmiechów facet dodał:
– No dobra, jedź.
– Terima kasih!

Wsiadłem na świeżo najedzoną bestię i odjechałem. Nie jestem do końca pewien, ale możliwe, że zdrzemnąłem się te ostatnie kilka kilometrów. Chyba nawet coś mi się śniło. To była jedna z najgłupszych decyzji w moim życiu, a naprawdę mam z czego wybierać. Ale przecież nie byłem aż taki pijany…


Najzabawniejsza książka podróżnicza na polskim rynku.

 
Książka z czarnym humorem

Następna historia:
Spotkanie Biznesowe