Meksyk – Jak przetrwać w więzieniu?
Minęło kilka lat. Postanowiłem wrócić do Ameryki. Jak to zwykle bywa, byłem spóźniony na samolot. Biegłem, ile sił w nogach. Serce waliło mi tak mocno, że rozpruło koszulkę. Dziesięć, może piętnaście minut po rozpoczęciu onboardingu. Miałem nadzieję, że lot będzie opóźniony. Zostały jeszcze dwie bramki. Jedna.
– Opóźniony. Juhuuuu! – krzyknąłem.
Okazało się, że jakiś aktywista przykleił się do samolotu. Teraz technicy sprawdzali, czy użyty klej jest na tyle mocny, by facet nie urwał nam się po drodze…
Na lotnisku
Ludzie nerwowo tupali w miejscu. Dłubali słonecznik. Wiercili się na krzesłach. Puszczały im nerwy.
– Nie miał się gdzie przykleić! Cholerni aktywiści – lamentował facet z brodą.
Gdy biegłem jak szalony, już z pewnej odległości widziałem, że przed bramką kotłują się Polacy. Nie musiałem patrzeć na numer bramki. Wystarczyło, że spojrzałem na nich. Polacy bez skrępowania obcinają innych ludzi. Szczególnie na lotniskach. Żadna inna nacja nie robi tego tak bezczelnie.
Polak na lotnisku zachowuje się tak, jakby każdy był potencjalnym mordercą. Stara się zapamiętać najmniejszy szczegół. Zapewne po to, by ułatwić potem robotę rysownikowi policyjnemu. Takie portery pamięciowe są technicznie doskonałe. Pogarda w kącikach ust, lód w spojrzeniu. Praktycznie można dotknąć pończochy, którą bandyta ma narysowaną na głowie. Cały portret sprawia, że chcesz domknąć okna. Taki późny ekspresjonizm. A wszystko dzięki znudzonemu Polakowi na sali odpraw.

Cały onboarding przeszedł sprawnie. Nie licząc kilku ludzi, którzy w ramach oszczędności na bagażu postanowili ubrać się we wszystko, co mieli. Sam tak często robię. Z tą różnicą, że strój kąpielowy zakładam pod kurtkę, a nie na nią.
Nie podstawili nas pod rękaw, więc wszyscy grzecznie czekali na autobus. Facet z brodą wychodził z siebie.
Gdy upchnęliśmy się do autobusu, jeden koleś zaczął sprawdzać bilety. Robił to z kamienną twarzą, tak autentycznie, że kilka osób w to uwierzyło. Nawet facet z brodą wszedł z powrotem do siebie, by poszukać biletu po kieszeniach. Wtedy podstawiony kanar zatrzymał się przy mnie.
– Dojadę tym autobusem na targowisko? – zapytał.
– Nie. Na krańcówce będziesz musiał zmienić na dziesiątkę – odpowiedziałem.
Przed wejściem na pokład gościu zrobił sobie kilka zdjęć z samolotem. Z żadnego nie był zadowolony, gdyż w tle krzątał się pilot zdejmujący pranie ze skrzydła. Gdy załadowaliśmy się do środka, okazało się, że facet dostał miejsce obok mnie. Przeczuwałem, że będzie to ciekawy lot. Ja siedziałem od brzegu, on – w środku, a na kolejnym jeszcze nikt się nie pojawił.
W więzieniu
– Maciek.
– Tony.
– To co? Po piwku? – zaproponował.
– A nie, dzięki. Jak czekałem na lot, wypiłem kilka szotów z pilotem. Nie chcę mieszać.
– Jesteś pewny?
– Tak. Jestem bardzo asertywny. Zimne chociaż?
– Jasne.
– No dobra. Namówiłeś mnie.
– Pierwsze piwko na wolności. – Siorbnął dużego łyka. – Długo czekałem na ten moment.
Z początku pomyślałem, że znowu żartujemy. Ale gościu ledwo wyszedł z więzienia. Pierwszą część wyroku odsiedział w celi. Potem założyli mu opaskę na nogę i pozwolili siedzieć w domu. Jedynym ograniczeniem, jakie mu dali, było to, żeby nie zostawiał bałaganu, nie siedział cały dzień przed TV i nie słuchał tyle „tej muzyki”.

– I jak było?
– Gdzie?
– W więzieniu.
– Wspaniałe miejsce. Z mnóstwem interesujących ludzi. Na pierwszy rzut oka to grupa gwałcicieli, morderców, oszustów i degeneratów. Ale na koniec dnia każdy chce po prostu znaleźć przyjaciół, stworzyć wspomnienia i świetnie się bawić. Wystarczyło, że zaproponowałem, by wspólnie złapać się za ręce i zrobić kilka ćwiczeń oddechowych. Potem zaproponowałem im, że każdego dnia będziemy grali w „Dziś czuję się…”. Każda osoba mówiła jedno zdanie. Bez oceniania. Później rozdałem kartki i każdy musiał narysować swoje emocje. To pozytywnie wpłynęło na Bolka z piętnastego, który siedział za potrójne morderstwo ze szczególnym okrucieństwem. Rysowanie emocji na kartce pomagało mu rozładować napięcie, które pojawiało się za każdym razem, gdy przypominał sobie, że zostało mu jeszcze dziewiętnaście lat odsiadki.
– Dobre.
– A ty tak serio pytałeś?
– Sam nie wiem – powiedziałem. – Poznałem kilku ludzi, którzy siedzieli. Ale za mniejsze przestępstwa. Gwałty do kwoty pięciuset złotych. Albo za przekręty na handlu styropianem. Potem w gadce zawsze chcieli mi pokazać, że są wyżej w hierarchii ode mnie. Dlatego że byli w więzieniu.
– Normalne. Mentalnie nadal tkwią w tych samych podziałach, które tam obowiązywały. Im cięższe przestępstwo, tym większy szacun.
– Tak, ale taki gościu nie miał żadnych argumentów w normalnym życiu. By jakoś obniżyć mój status, facet podpiłował nóżki od mojego krzesła. Bym siedział niżej od niego w trakcie bajery.
– A jak już wiedziałeś, że idziesz siedzieć, to przygotowywałeś się do tego?
– Tak. Siedziałem całymi dniami w ciemnej szafie, by jakoś przygotować się do izolacji. Widzisz, Tony, więzienie to parszywe miejsce. Nie da się do tego przygotować. Kto nie otarł się o odsiadkę, nie zrozumie, jak wielkim szczęściem jest życie na wolności.
– Banał – dodałem.
– Wiem. Ale nie da się tego zrozumieć, jeśli się tego nie doświadczy. Przewartościowujesz się. Nagle dostrzegasz rzeczy, których normalnie nie doceniałeś. Nie spotkasz swoich bliskich, przyjaciół, dzieci. Nawet jak wyjdziesz, to ich już może nie być albo nie będą chcieli z tobą gadać.
– Tak było u ciebie?
– Nie. Ja siedziałem za dragi, nie za głowę. Może bez szczegółów. Ale spotkałem też takich łebków, którzy wiedzieli, co im grozi. Dowiadywali się tego bez papugi. Na budzie każdy zna cały brewiarz na pamięć.
– Brewiarz?
– Kodeks karny. Mówisz tylko numerek, a reszta kuma, co to za paragraf i ile ci grozi. To też decyduje o tym, jak będą cię traktowali.
– A jak wygląda normalne życie?
– Ale dałeś pytanie! Chodzisz do pracy, wychowujesz dzieci…
– Nie o to pytam. Normalne życie w więzieniu.
– To zależy od człowieka. Jest mnóstwo czasu do zabicia. Niektórzy całymi dniami oglądają telewizję. Inni siedzą i myślą. Czasami gra się w planszówki.
– Jakie?
– Na przykład w „Monopoly”. Wiesz, jak to komicznie wygląda, jak przychodzi do twojej celi wydziarany gangus i pyta, czy może pożyczyć „Eurobusiness”? I uwierz mi, że to najbardziej zadbana plansza, jaką widziałeś. Bo gdybyśmy jej nie szanowali, to nie dostalibyśmy nowej. Każdy pionek jest dokładnie czyszczony po każdej grze. Nie wyobrażasz sobie, jakie mieli dziwne zasady. Nie musiałeś nawet mieć wszystkich miast z danego kraju, by kupić sobie domek.
– Że co??????? – wybuchnąłem i odruchowo wcisnąłem przycisk przywołujący stewardessę. – Jak tak można? To jakieś potworne miejsce. Po tym, co powiedziałeś, wiem, że już nigdy nie będę przycinał na podatkach. Jak najdalej od tego dziadostwa. Co za bzdura!
Kwas
Za chwilę przyszedł do nas steward. Chwilę na nas popatrzył i powiedział:
– Słucham. W czym mogę pomóc?
– Przypadkiem wcisnąłem. Przepraszam – tłumaczyłem. – Chciałem zapalić światło. Daleko jeszcze?
– Bardzo daleko. Dopiero się wzbiliśmy, szanowny panie. A czy mógłby pan wstać? – zwrócił się do Maćka.
– Po co?
– Siedzi pan na kocu i słuchawkach.
Podniósł połowę tyłka i wyciągnął spod siebie koc. A potem słuchawki. Steward spojrzał na niego z zażenowaniem i odwrócił się na pięcie.
– Napierdziałem w niego – rzucił za nim.
Nie obrócił się.
– Ale mi kutas przypominał jednego klawisza. Taka sama morda. Potrafił wyssać z więźniów cały kolor i piękno życia. Zostawić nam jedynie zimny cement i szarą stal.
– Też mi kogoś przypomina – odpowiedziałem. – Tylko nie wiem, gdzie go widziałem. Chyba kilka godzin temu, jak wchodziliśmy do samolotu. Stał tam facet podobny do niego. I jako jedyny każdemu mówił „dzień dobry”. To materiał na mordercę. Oni zawsze mówią „dzień dobry”, przynajmniej według starych bab.

– Chyba nie kumam. Dobra, a teraz pora na papu.
Otworzył książkę i wyjął z niej zakładkę. Ta, o dziwo, wyglądała jak kawałek kartonu – zero nadruków. Ale jakby nie do końca wyschnął po ulewie. Wydarł narożnik i wziął do buzi.
– Chcesz też? – zapytał.
– To kwas?
– Tak.
– Pojebało cię? Kwas w samolocie?
– Ja tam biorę mikrodawki od dłuższego czasu. Skreśliłem alkohol i inne dragi. Podobnie moi znajomi. Z mikrodawkami kwasa zaczynasz działać jak Steve Jobs. Ten po LSD potrafił wypełnić poprawnie polskiego PIT-a.
– Nie chcę. Dzięki.
– Nie, to nie.
Zamknął na chwilę oczy i wyraźnie się rozmarzył. Za chwilę poprosił mnie, żebym mu zrobił miejsce. Poszedł do klopa, siedział tam kilkanaście minut. Wrócił i capnął obok mnie. Po wzroku widziałem, że już mu wjechało.
– A w więzieniu łatwo o dragi?
– Łatwo – odpowiedział. – Ale nieczyste i drogie. Jak masz siano, to wszystko da się załatwić. Pamiętam, jak skołowałem sobie papier. Zjedliśmy wszyscy w celi. Każdy się rozmarzył. Głównie o dupach. Ja pomyślałem wtedy o moim psie, którego pamiętałem z dzieciństwa. Cętkowany bezdomny jamnik. To dopiero była psina! Do rany przyłóż. To był mój najlepszy przyjaciel. Tak bardzo go kochałem. Kumple przewracali się tylko z boku na bok, nerwowo, niespokojnie. Każdy marzył do dupach. A ja myślałem o tym kochanym czworonogu. Niepotrzebnie utopiłem go w stawie za to, że nie podał łapki. Niepotrzebnie. Całe szczęście, że moja wyobraźnia pozwalała mi wracać do tej zbrodni. Bez tego bym tam oszalał.
– Muszę się przekimać – powiedziałem. Daj mi ze dwie godzinki i wracam.
– To kimaj.
Minęły może ze trzy godziny, gdy obudziłem się od potrącenia przez stolik, pchany przez stewardessę z nogami aż do podłogi. Maciek mnie nie zauważył. Gadał coś do staruszki siedzącej z drugiej strony.
– Więc na dobrą sprawę – mówił – jedyne, czego będzie pani potrzebować, to pół kilo mieszanki startej saletry, trochę cukru i folia aluminiowa. I ma pani bombę amonową.
Gdy wylądowaliśmy w Cancún, koleś ciągle nawijał. Dopiero po zetknięciu z ziemią zauważył, że nie śpię. Zanim wypuścili nas z samolotu, minęła wieczność.
– O, widzę, że obudziła się śpiąca królewna. Coś ci się śniło?
– Takie tam głupoty.
– Musisz poznać tę babę obok. Nie uwierzysz, czym się zajmuje.
– Kanalizacja?
– Jaka kanalizacja?
– Takie tam pod ziemią z systemem rur, którymi płynie gówno. Mieszkają tam hydraulicy.
– Nie. Baba zajmuje się akupunkturą. I leci do Meksyku na jakieś szkolenie.
– To coś z igłami?
– Tak. Powoli wbijasz szpilki w skórę pacjenta i robisz to do momentu, aż koleś zacznie się wypytywać: „Co się tu, kurwa, dzieje?”.
– Na pewno o to w tym chodzi?
– A nie? – Uśmiechnął się.

– Jedno mnie zastanawia: co myśli człowiek, który wie, że ma przed sobą bardzo długi wyrok? Jak to sobie ułożyć w głowie, by nie oszaleć?
– Dziwne te twoje pytania. Wybierasz się tam?
– Nie.
– Na pewno?
– Tego nigdy nie wiadomo. Zawsze mogę jebnąć jakąś babę na pasach.
– Wiesz, jak masz długi wyrok na karku, warto poświęcić trochę czasu na wystrój celi. Ja do tego dochodziłem latami. Ale się opłaciło. Zacząłem od oświetlenia. Użyłem świec oraz lampek o ciepłym rozproszonym blasku. Otoczyłem się miękkimi materiałami, jak koce, puszyste poduszki i ciepłe skarpety. Wielu współwięźniów nazywało mnie jesieniarą, ale nie zważałem na to. Stworzyłem też miejsce do czytania, na fotelu przy oknie. Starałem się zapraszać innych morderców na kawę, ciasto lub wspólny posiłek. Postawiłem na szczere i głębokie rozmowy bez presji. Wspólnie staraliśmy się zachować wewnętrzną równowagę i harmonię.
– A serio?
– Nie wiem, czy tak potrafię.
– To mamy coś wspólnego, bo ja też nie – dodałem.
– Musisz sobie stworzyć jakiś głębszy sens cierpienia, z którym nieuchronnie wiąże się odsiadka. Ludzie nie siedzą za byle co. Zasługują na to. To takie zadanie do wypełnienia, a po iluś latach będzie nagroda. Jak będziesz cały dzień myślał o tym, co by było, jakbyś był na wolności, to dojdziesz w takiej rozkmince do ściany. Bo jesteś uziemiony. To tylko pobudzi cierpienie. Był taki łeb, co książkę napisał o Auschwitz.
– Frankl?
– Chyba ten. Żyd w każdym razie. Typek przeszedł przez największe gówno, jakie możesz sobie wyobrazić. I dał radę. Tylko tam była taka różnica, że to klawisze byli zagrożeniem. W polskim więzieniu zagrożeniem są pozostali osadzeni. A co ty tak wypytujesz? Wybierasz się tam?
– Nie. Ale mam tam kilku znajomych.
– Obym nie miał okazji pozdrowić ich od ciebie.
– Oby.
Na lotnisku

Gdy wypuszczali nas z samolotu, stał tam facet, którego już gdzieś widziałem. Tym razem mówił wszystkim „do widzenia”. Została nam do przejścia odprawa paszportowa. Kilka umundurowanych skurwysynów skanowało nas od stóp do głów, najwyraźniej zainspirowali się Polakami na poprzednim lotnisku. Gdy tylko zobaczyli Maćka, od razu wzięli go na przeszukanie. Mnie przepuścili bez szemrania. Obok mnie szedł facet z brodą. Teraz już w lepszym nastroju.
– Widziałaś, co było za oknem? – mówił do żony. – Takie tam wszystko było małe.
Wziąłem głęboki oddech. Pomyślałem, że życie nie polega na tym, by bezpiecznie dopłynąć do końca swoich dni, unikając zagrożenia. Lepiej, jak wszystko dookoła wybucha, a ty mówisz sobie:
– O kurwa! Ale jazda!
Napisałem drugą książkę
Historia powyżej pochodzi z drugiej części książki „Bunkrów nie ma”. W czerwcu ruszam z przedsprzedażą.

0 Komentarzy