Australia – Człowiek, który wiedział wszystko

30 września 2021 Australia, Dwójka 1 komentarz
Człowiek, który wiedział wszystko

W każdy piątek po pracy otwieraliśmy kilka browarów i win, by puścić w niepamięć zeszły tydzień. Wszystko na koszt biura coworkingowego. A tak naprawdę – to moich szefów, którzy owo biuro opłacali. Gdzieś z tyłu głowy zakodowałem sobie, że nie mogę się kompletnie zalać w trupa, obrzygać pół biura i odgrażać się nożem każdemu ze skośnymi oczami. To już nie te czasy, kiedy pracowałem na Stadionie Dziesięciolecia. Nie, nie, nie! Tym razem trzymałem umiar. Głównie dlatego, że w pewnym momencie musiałem się ulotnić na lotnisko i wskoczyć w samolot do Melbourne.

Melbourne

Fantastyczną cechą Australii jest to, że na pokład samolotu można wnieść swoją wodę. To chyba najbardziej ludzkie prawo na świecie. Później dopiero się dowiedziałem, że tak jest w zasadzie wszędzie w przypadku lotów krajowych. A takiego nigdy nie odbyłem.

Gdy doleciałem do Melbourne, było już mocno po północy. Z racji tego, że w Australii zamykają lokale o drugiej w nocy, zostało niewiele czasu na zabawę. Poszedłem do jednego baru pełnego Anglików, ale szybko się wycofałem. W palarni wyglądało to tak, że wszyscy podchodzili do siebie z pytaniem: Where you from? Where you from? A że prawie wszyscy byli z Anglii, większość z tych rozmów była zwykle nudna.

Ochroniarz podpowiedział mi, że jest jeden lokal otwarty w zasadzie cały czas. Pada śnieg, szaleją pożary czy powódź z błota i gówna – Revolver zawsze działa. Przez cały weekend. Od piątku po południu do niedzieli wieczór.

W zasadzie to rozważałem, by spakować ciuchy w hostelu i przeprowadzić się do Revolveru. Zwiedzanie Melbourne od razu skreśliłem. Co może być ciekawego w miejscu, które kilka lat z rzędu zajmowało pierwsze miejsce na liście najlepszych miast do życia? Byłem raz w Warszawie na wycieczce szkolnej, więc starczy…

Revolver

Revolver to miejsce dla prawdziwych imprezowych weteranów. Ochroniarze nie tylko znali większość klientów z imienia i nazwiska, ale też starali się troszczyć o ich najpilniejsze sprawy.

– Dzień dobry, panie Jones – mówił na wejściu ochroniarz. – Zapraszamy do środka. Proszę pamiętać, żeby wymienić łożysko do sprzęgła w samochodzie.

Mnie nie chciał wpuścić. Już pomijając wygląd, zażądał dowodu osobistego albo paszportu. Pokazałem mu dowód, ale nie uwzględnił go.

– Przyjdź z paszportem, to wejdziesz.

Jeszcze mocniej żałowałem, że nie zabrałem wszystkich rzeczy z hostelu. Wsiadłem w taksówkę i ruszyłem się do siebie. Bardzo nie spodobało się to taksówkarzowi, który gonił mnie środkiem ulicy z krzykiem:

– Złodziej! Złodziej! Ratunku!

Nie minęła chwila i byłem z powrotem w Revolverze. Wszedłem do środka, gdzie przeszukali mnie od stóp do głów. Poczułem, jak ktoś lekko odpycha mnie z tyłu. Zerknąłem za siebie i zobaczyłem, że jakaś laska wychodzi z lokalu. Za chwilę cofa się na pięcie i wraca na górę ze słowami:

– O kurwa, zgubiłam gdzieś majtki!

W środku panował półmrok i niewiele się to różniło od standardowych pubów. Kilku snobów przy barze. Trzy laski tańczą w kółku na parkiecie. Połowa gości okupuje palarnię.

Człowiek, który wiedział wszystko

Nie wiem, jak minęły te dwadzieścia cztery godziny. Ale byłem bardzo zdziwiony, gdy dowiedziałem się od kogoś, że siedzę tu całą dobę. Wiem mniej więcej, co robiłem, ale żebym miał z tego jakieś wspomnienia? Nie bardzo. Ach, te narkotyki. Człowiek chodzi tu i tam, gada z jednym i drugim. A z perspektywy czasu wszystkie te weekendy zlewają się w jeden. Pamiętam na pewno, jak jeden z gości zrzygał się sobie do drinka. A potem, żeby zachować twarz, udał, że nic się nie stało. I się napił.

Tego wieczoru spotkałem gościa, który wiedział dosłownie wszystko. Nie pamiętam, jak to się stało, że akurat zacząłem z nim gadać.

– Człowieku – powiedziałem zdumiony. – Ty masz odpowiedzi chyba na wszystkie pytania! Jak to możliwe?
– Jest coś na rzeczy – odpowiedział spokojnie.
– Więc powiedz mi, co wiesz na temat Ugandy.
– Uganda, państwo we wschodniej Afryce nad Jeziorem Wiktorii, o powierzchni 241 tysięcy kilometrów kwadratowych. Graniczy z Sudanem Południowym, Demokratyczną Republiką Konga, Rwandą, Tanzanią i Kenią. Języki: luganda, nyankole…
– Dobra, starczy! – odsapnąłem. – Skoro wszystko wiesz, potrafisz odpowiedzieć na każde pytanie, to może pogadamy o filozofii.
– Naturalnie – odrzekł Australijczyk.
– Powiedz mi: od czego zależy szczęście człowieka?

Koleś się uśmiechnął i zadumał. Skulił lekko głowę, która mocniej uwydatniła jego bujne dredy na głowie. Dopiero po dwóch minutach wreszcie przemówił:

– Musimy najpierw zaznaczyć, że nie ma czegoś takiego jak szczęście. To jest tylko słowo. I z racji tego, że to tylko słowo, każdy będzie wyobrażał je sobie w inny sposób. Tym bardziej że to abstrakcja, jak sumienność, zadowolenie. Nazwy jakichś stanów.
– No ale wiesz, o co mi chodzi?
– Domyślam się, że wiem. Może chodzi ci o taki ogólny dobrostan. Jakkolwiek to nazwiemy, twój dobrostan lub szczęście zależą wyłącznie od tego, jak postrzegasz świat. Jak na niego patrzysz i jak go sobie wyobrażasz. Efektem tego jest wydanie sądu lub opinii, a co za tym idzie – odczuwanie emocji. I na podstawie tego czujesz się wspaniale lub ohydnie. Tak naprawdę nie żyjemy w świecie rzeczy, ale wyobrażeń na temat rzeczy. I nawet nie żyjemy w świecie przeżyć, ale wyobrażeń na temat tych przeżyć. I to te wyobrażenia decydują o tym, czy jesteśmy szczęśliwi, czy nie.
– Ale jak to? Chcesz mi powiedzieć, że jak ktoś złamie rękę i nagle zamkną mu biznes, nie ma to wpływu na jego szczęście? – zapytałem.
– Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że tak. Ale nie można mówić, że jesteśmy nieszczęśliwi, bo coś tam się stało.
– A co mamy mówić?
– Trzeba mówić, że jesteśmy nieszczęśliwi, bo uznaliśmy, że to dla nas bardzo źle, że tak się stało. Różnica jest olbrzymia.
– Ma to sens, ale jak można powiedzieć to w sytuacji, w której na przykład przeszywa nas fizyczny ból? Przecież ból zęba albo głowy nie zniknie, bo pomyślę sobie, że go nie ma. Choćbym nie wiem jak próbował sobie wkręcić, że go nie ma, to nie przestanę go odczuwać.
– Oczywiście, to nie jest komfortowa sytuacja. Bólu trzeba się wystrzegać i z nim walczyć. Ale ludzka psychika działa tak, że dopisuje sobie bardzo wiele. Jednym słowem, lubimy się udręczać, użalać i wyolbrzymiać swoje cierpienia. A najbardziej nas bolą wyobrażenia. Spróbuj to dostrzec, gdy następnym razem będziesz rozmawiał z kimś, kto cierpi z jakiegoś powodu.
– Więc co radzisz?
– Zawsze szukaj powodów swojego nieszczęścia w swoich wyobrażeniach.
– W takim razie jaki jest sens podróżowania?
– Co masz na myśli? Doprecyzuj, proszę.
– Więc tak: jest wielu ludzi, którzy pragną podróżować, bo wydaje im się, że w innych warunkach będą dużo szczęśliwsi. Szukają ucieczki.
– To się nieźle zawiodą. Przecież i tak zabierają swoje wyobrażenia ze sobą. Ale być może – mówię „być może”, bo niewiele podróżowałem – samo otoczenie sprawia, że mogą te wyobrażenia stworzyć na nowo.
– Dobra, a ty tak potrafisz?
– Co potrafię? – zapytał Australijczyk.
– Czy tylko tak pierdolisz, czy faktycznie potrafisz się stosować do tego, co mówisz? Ile tutaj teorii, a ile faktycznego działania? Wiesz, takich guru jest pełno. Medytacja drogą do oświecenia, a nie znam nikogo, kto by był oświecony. Nigdy nie spotkałem.
– Staram się rządzić własnymi wyobrażeniami. Nie chcę być rządzony. I choć wiele razy mi się wydaje, że to właśnie drugi człowiek, jakaś krzywda, choroba, niedostatek, politycy lub cokolwiek innego jest odpowiedzialne za moje złe samopoczucie… – odchrząknął – …to po chwili dochodzi do mnie, że to ja tak postanowiłem. I szukam remedium w sobie. Nie mogę chcieć czegoś, co nie zależy wyłącznie ode mnie. Nie mogę mówić, że muszą się wydarzyć jakieś wyjątkowe, inne okoliczności, żebym mógł się wyluzować. Bo wtedy kładę głowę pod topór. Polegam na tym, co nie zależy ode mnie.
– Stary, a słyszałeś o tym wirusie w Chinach? Co będzie, jeśli dojdzie do Polski? Co robić?
– Zresetujcie lasy.
– W sensie – że co?
– Włączcie i wyłączcie las.
– Hmmm… Można spróbować.

Powód, dla którego wiedział wszystko

Cóż, gadałem z typem jeszcze kilka godzin. Nigdy w życiu nie spotkałem gościa, który wiedział dosłownie wszystko. Bo on wiedział absolutnie wszystko. Mogłem do niego zadzwonić o każdej porze i zadać mu pytanie. Zawsze odpowiadał. Ba, zawsze wiedział. Jedyne, co budziło moją trwogę, to ilość dragów, jaką pożerał.

Facet brał tyle piguł i kwasów, jakby to był popcorn. Ja po takich dawkach podgryzałbym drzewa jak bóbr. A on rozluźniał się i odpowiadał na najtrudniejsze pytania. Lubował się w filozofii. Z jakiegoś powodu ta idzie w parze z narkotykami. Być może do oświecenia potrzebne jest całe spektrum stymulacji, od depresji po halucynację, nawalenie, podniecenie i zmęczenie odraczane przez dwie doby. Wtedy umysł się otwiera, by potem zmienić człowieka w zombie na kilka godzin. Cóż, przecież nie po to mamy łeb… żeby się nie naćpać.