Indie – Vipassana
O Vipassanie pierwszy raz usłyszałem siedem lat wcześniej. Wtedy opowiedział mi o niej Irlandczyk, który właśnie ukończył kurs i od razu po nim poszedł do baru. Gdy wybrałem się do Indii ponownie, postanowiłem wziąć w tym udział. Nie wiedziałem jeszcze, że będzie to równie mocne przeżycie jak to z opowieści dziadka, który przeżył obóz w Treblince. Biedak pochorował się z końcem wojny i ledwo mógł wytrzymać na tej wieżyczce strażniczej.
Jeśli miałem doznać oświecenia, to najlepiej w tym samym miejscu co Budda. Gdy młody Siddhartha dotarł do Bodh Gaja, usiadł pod jednym z figowców bengalskich i nie ruszał się przez kilka lat. W tym czasie, dzięki medytacji, doznał oświecenia. Hindusi tak mocno zatroszczyli się tym ważnym religijnie miejscem, że doprowadzili do największej katastrofy naturalnej na ziemi. Hinduizm zakłada życie w harmonii z zanieczyszczeniem środowiska, przeludnieniem oraz skażeniem wód gruntowych arszenikiem.
Formalności
Stałem przed bramą do ośrodka medytacyjnego. Czułem się tak, jakbym żegnał się z życiem. Przełknąłem ślinę i wszedłem do środka. Za plecami usłyszałem chrzęst metalowej bramy zamykanej na klucz. W depozycie zostawiłem telefon, pieniądze, paszport oraz zbędne ubrania. Na koniec zdeponowałem osiemnaście tomów zielonej encyklopedii Gutenberga, które zdobią wystrój większości polskich meblościanek. Zabieram je w każdą podróż.
Wypełniłem kilka papierów. Później pozowałem do zdjęcia. Jedno z profilu. Drugie frontem. Pobrali mi odciski palców i przeprowadzili oględziny na ciele. Gdy skończyli, jeden z organizatorów polecił mi iść na prawą stronę. Innych wysyłał na lewą stronę. Rozglądałem się za bocznicą kolejową, bo skądś już znałem ten scenariusz. Po mojej stronie zgromadzili wszystkich mężczyzn, po drugiej – kobiety. Oddzielili nas blaszanym płotem i zaprosili na wykład.

Pierwsze popołudnie było luźne, czysto organizacyjne. Na auli, gdzie poza mną było ze 100 Hindusów i garstka białych, wyjaśnili nam wszystkie zasady. Te sprowadzały się do kilku punktów. Żadnych rozmów, gestów, kontaktu wzrokowego, telefonu, czytania, pisania, muzyki, modlitw, mantr i ćwiczeń fizycznych. Jak ktoś złamie choćby jedną zasadę, to zostanie usunięty z ośrodka. I na koniec podkreślili, że w trakcie medytacji obowiązuje zakaz masek gazowych. Nie rozumiałem kontekstu. Skąd maski gazowe w trakcie medytacji? Co to ma ze sobą wspólnego? Z pokorą zgodziłem się i na to.
Vipassana
Każdego ranka o czwartej rano wybrzmiewały gongi. Medytację zaczynaliśmy pół godziny później. Sesja trwała dwie godziny. Zimna, w kompletnej ciemności. Około siódmej jedliśmy lekkie śniadanie. Od ósmej do jedenastej medytowaliśmy. Potem dostawaliśmy dwie godziny wolnego, które większość ludzi odsypiała. Ja spacerowałem po ogrodzie. Nie potrafię drzemać. O jedenastej serwowali nam lunch, który był najbardziej obfitym posiłkiem w ciągu dnia. Choć kucharze starali się, jak mogli, zawsze wychodziłem z niego głodny.
Od trzynastej do siedemnastej medytowaliśmy. Niektórzy w ciemnych celach w podziemiach ośrodka, co jeszcze bardziej przypominało klimatem więzienie. Po skromnym obiedzie zapraszali nas z powrotem do auli. Nigdy nie zgadniesz po co. Tak, medytowaliśmy. Trwało to do dwudziestej, po czym puszczali nam film. Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Po tylu godzinach wyciszenia dobrze, gdyby wjechał „Rambo” albo „Zły porucznik”. Zamiast tego serwowali nam miałkie wykłady Goenki na temat medytacji, szczęścia i innego gówna, którym nikt normalny nie zawraca sobie głowy.
Medytowałem tylko raz w życiu. Trwało to dziesięć minut i miałem dosyć. Więc przez pierwsze dwa dni męczyłem się jak kadłubek w konkursie na Kopa Roku. Jedną nogę mam słabiej rozciągniętą od drugiej. Nie mogłem wygodnie usiąść po turecku. Noga cierpła mi po dwóch minutach. Robiłem cuda, żeby ją rozciągnąć albo znaleźć odpowiednią pozycję do siedzenia. Zebrałem kilka koców oraz poduszek, które znajdowały się w magazynku z tyłu sali. Zbudowałem tron, który pozwolił mi wytrzymać w bezruchu piętnaście minut.
Walka z czasem
Największą torturą, jaką sobie zafundowałem, była gra z zegarkiem. Siadałem do kolejnej medytacji z obietnicą, że nie będę spoglądał na zegarek przez następną godzinę. Choćby srało i waliło gradem, nie podniosę powiek. Maska na oczy była zakazana. Nauczyciel tłumaczył nam, że ten gadżet pomaga zasnąć osobom bez powiek, ale nie nadaje się do medytacji. To była najdłuższa godzina w moim życiu. Bezczynność zmienia perspektywę czasu. Siedziałem, siedziałem, siedziałem. I po jakichś dwóch godzinach postanowiłem zerknąć na zegarek, by poczuć się lepiej.
Minęło raptem dziesięć minut.
Przez całe życie mierzę się z tym, że mam wybuchy gniewu i złości. Nasilają się wtedy, gdy próbuję przez jakiś czas nie jarać szlugów. Wtedy wystarczy błahostka. Nie łączy mi myszka albo telegazeta się przycina. I wybucham. W trakcie dziesięciu dni medytacji miałem mnóstwo okazji, by potrenować spokój. Na największą próbę wystawił mnie jeden osadzonych z przodu. Facet siedzący za nim doniósł, że tamten pierdzi mu w twarz.
Byliśmy w Indiach, więc medytacja z setką mężczyzn to przyjemny dla ucha koncert pierdzenia, bekania, mlaskania i chrząkania. I choć poszkodowany próbował sobie z tym poradzić, nie wytrzymał. Miał już wszelkie oznaki stresu pourazowego, stale podlewanego strachem przed zagazowaniem. Na skórze pojawiły mu się wybroczyny, a usta i twarz mocno posiniały. Każde zagrożenie życia lub wątpliwości związane z medytacją mogliśmy zgłaszać nauczycielowi przed pójściem spać. Ten przyjął to z pokorą, ale kazał facetowi wrócić na miejsce. Podejrzewam, że stanowiło to lekcję dla nas, by nie reagować pod wpływem bodźców zewnętrznych.
Pan Smród
Któregoś popołudnia zrozumiałem, z czym musiał się mierzyć. Zaraz po posiłku jeden z osadzonych wchodził na salę i bekał najgłośniej, jak się dało. Tak jakby na sali był Smok Wawelski, który tak jak my szukał oświecenia. Gdy tylko siadał, pierdział dźwięcznie przez kilka sekund. I to w seriach po trzy. Potem brał parę głębokich oddechów i znowu odpalał. Czasami musiał podnieść jeden pośladek, żeby cokolwiek wyszło. I tak codziennie, po kilka godzin, z przerwami co trzy minuty. Bek, pierd, jakieś chrząknięcie. Wszyscy go nienawidzili, ale nie było sposobu, by go powstrzymać.
Tego feralnego popołudnia facet przeszedł sam siebie. Zjadł pewnie więcej niż zwykle, bo po serii, jaką zafundował koledze z tyłu, tamten zemdlał. Nauczyciel zainterweniował i przeniósł tę beczkę prochu na koniec sali. Centralnie przede mnie. Ależ to była lekcja pokory i opanowania! Facet odpalał wszystkie otwory i pierdział mi prosto w twarz. Ja dzięki nadludzkiej determinacji nie reagowałem. Facet gnił w środku. Połknięte jedzenie nie miało zamiaru zamieniać się w energię w jego organizmie, więc chciało się z niego wydostać. Wołało o pomoc w jedynym znanym sobie języku.
Na zachodzie bez zmian
Czułem się jak na planie filmu „Na zachodzie bez zmian”. Z tym że tam żołnierze mogli schować się do okopów. Chroniły ich przed ostrzałem artyleryjskim oraz bronią chemiczną. Ja byłem bezbronny. Nie miałem gdzie się ukryć przed śmiercionośnymi wyziewami, na które zostałem wystawiony. Mroczki przed oczami, ból w klatce piersiowej i drgawki były moją codziennością.

W głowie skomponowałem mantrę, którą powtarzałem sobie w kółko:
– Zara mu zajebię , zaraz mu zajebię, zara mu zajebię…
Mimo wszystko nie zareagowałem. Ale jednego dnia przyszedłem przed wszystkimi na aulę. Podniosłem swoją poduszkę i schowałem tam papier toaletowy. Ludzie schodzili się do sali, a wraz z nimi Pan Smród. Stanął przed siedziskiem, nabrał powietrza, beknął, chrząknął, zakaszlał i pierdnął tak głośno, że pękły mu szwy na dupie.
Odwróciłem korpus w jego stronę, ale nie spojrzałem mu w oczy. Wyciągnąłem papier spod poduszki i przekazałem mu go. Ktoś obok zachichotał. Wymieniliśmy się spojrzeniami. Facet cierpiał. Miał to wymalowane na twarzy. Męczył się, że nie potrafi wydać żadnego dźwięku uszami.
Następnego dnia Pan Smród się ulotnił. Nie wiedziałem, czy zawinął się sam, czy go wyrzucili. Posmutniałem. Dla mnie ten człowiek był największą lekcją cierpliwości w życiu. Tego, jak nie reagować na świat zewnętrzny, który pierdzi ci do ucha.
Na czym polega medytacja?
Medytacja w zasadzie do tego się sprowadza. Świat stale bombarduje nas informacjami i bodźcami. Medytowanie uczy, jak nie reagować na ten chłam. By się nie przywiązywać do każdej myśli, która pojawia się w głowie. Dać jej ulecieć. Wolna wola to ściema. Nie możesz decydować o tym, jakie myśli trafiają do głowy. One pojawiają się podświadomie, najczęściej są nierozwiązanymi problemami lub traumami. Możesz zdecydować o tym, czy chcesz, aby dana myśl pozostała w głowie, czy uleciała. To bardzo trudne.
Źródłem cierpienia jest to, że ludzie bezwolnie reagują na wszystkie bodźce ze świata zewnętrznego. Zachowują się jak małpa, która skacze z gałęzi na gałąź, co chwilę zmieniając wątki w głowie. Gdy w trakcie medytacji udało mi się na kilkanaście minut skupić na ćwiczeniu z oddechem, wtedy znikąd pojawiały się najdziwniejsze myśli. Najczęściej były to nieprzerobione tematy, traumy, żale i stłumione uczucia. Wtedy żałowałem, że pobiegłem za nią tamtego wieczoru. Niepotrzebnie chciałem to rozwiązać siłą. I ten nóż. Po co mi to było? Ona była niewinna. I to krojenie jej ciała na części. Coś okropnego! Mogłem machnąć na to ręką.
Sztuka robienia niczego
Medytacja to również sztuka robienia niczego. Zamykasz oczy, poddajesz się wszystkiemu, co się stanie. Całe twoje życie, wszystkie twoje dobre i złe przeżycia nagromadzone od dzieciństwa zostają przemielone przez umysł. Niektóre osadziły się głęboko. I nierozwiązane często powracają. Człowiek traci wyobraźnię, ciekawość świata tylko dlatego, że obudował swoje życie wokół tych problemów sprawiających wiele cierpienia. Tych nierozwiązanych. Powracających. One przysłaniają teraźniejszość, decydują o tym, jak się postrzega swoje szczęście.
Medytacja vipassana polega na tym, że jak tak sobie siedzisz i nic nie robisz, te myśli zaczynają do ciebie napływać. To jakby potężna fala e-maili nieodczytanych od dzieciństwa. I w trakcie vipassany jest mnóstwo czasu, by je odczytać i na nowo przerobić. Z racji tego, że problemy są stare, to nie wymagają żadnego działania. Tylko obserwacji. Dzięki niej nasuwają się wnioski i racjonalizujący umysł wszystko sobie układa. Kluczem jest sztuka opłynięcia skały, gdy się na nią natrafi. Nie trzeba w niej rzeźbić. Nie trzeba z nią walczyć. Raczej – tak jak rzeka – opłynąć ją. W pewnym momencie zabraknie tych e-maili w skrzynce. I jak sobie wyjedziesz w naturę po takiej sesji, będą to najpiękniejsze chwile, jakie można przeżyć. Czystość umysłu i spokój.
Podkop
Nie wszyscy osadzeni przeżyli to doświadczenie tak jak ja. Piątego dnia wyszedłem z budynku, w którym spaliśmy, i skierowałem się wprost na aulę do medytacji. Stało tam dwóch Hindusów, którzy szeptali do siebie przez zakrytą dłoń. Musieli być z dwóch różnych części Indii, bo mówili między sobą po angielsku. Usłyszałem zaledwie dwa słowa, które pomogły mi posklejać całą historię. Jestem pewien, że zanotowałem „podkop” i „ucieczka”.
Udałem, że niczego nie słyszę. Ale od tej pory, na ile tylko mogłem, zacząłem ich obserwować. Pomimo zakazu patrzenia na innych medytujących można było przyglądać im się z dystansu. Choćby nie wiem jak człowiek się starał, wzrok zawsze lądował na innych ludziach.
Urobek
Nagle na sali do medytacji pojawiło się mnóstwo piachu. Kolesie musieli robić podkop, którym planowali uciec. Nie mieli gdzie wysypywać urobku z tunelu, więc upychali piach wszędzie, gdzie się dało. Tam, gdzie kiedyś ułożone były koce, które podtrzymywały kolana przy medytacji, teraz wznosiła się górka piachu. Jeden z Hindusów wyglądał, jakby medytował w ruinach zamku na plaży.
Gdy mnisi prowadzący medytację zaczęli coś niuchać, Hindusi poszli o krok dalej. Od tej pory pozbywali się urobku z tuneli, dodając go do żarcia. Dla niepoznaki mieszali go z kurkumą. Powodowało to poważne zatwardzenia u wszystkich osadzonych. Nie mogliśmy na siebie spoglądać, ale kątem oka widziałem, jak jeden z Hindusów przeżuwa świeżo wykopaną ziemię. Zapijali ją ciepłym mlekiem.

Podejrzewałem, że właśnie w ten sposób mógł zginąć Pan Smród. Przywalony ziemią w tunelu. Zapomniany i nikomu niepotrzebny.
Japończyk
W pokoju mieszkałem z Japończykiem, z którym zdążyłem się przywitać pierwszego dnia. I więcej ze sobą nie rozmawialiśmy, bo wprowadzili zakaz. Mimo wszystko musieliśmy się ze sobą komunikować. Były to pojedyncze gesty, za pomocą których ustalaliśmy, kto pierwszy idzie się myć. Nie wyjawił mi swojego imienia, więc codziennie nazywałem go w inny sposób. Muszę przyznać, że pan Yamamoto był najczystszą osobą, z jaką kiedykolwiek żyłem. Nawet gdy pierdział, to po cichutku i nigdy w moją stronę. Najczęściej wchodził wtedy pod zimny prysznic, odkręcał wodę i odpalał gaz. Wszystkie jego ciuchy były starannie poukładane na półkach. Chłop nie opuścił żadnej sesji medytacji. Narzucił sobie potworną dyscyplinę.
Standard w naszym pokoju był iście więzienny. Spaliśmy na pryczach przykryci kocami. Zapach tych puszystych wspaniałości zdradzał, że nikt nigdy ich nie prał. Owijało się nimi tysiące Hindusów przede mną. Uznałem, że jest to część procesu, który miał przez te dziesięć dni obedrzeć moje życie z jakichkolwiek wygód. Miałem lniany worek, w który pakowałem ciało przed snem. Dopiero na niego nakładałem pachnące koce.

Niektórzy z osadzonych nie rozstawali się z kocami ani na moment. Jeden Hindus zachowywał się tak, jakby na wejściu rozebrał się do naga i wskoczył pod koc. Spał w nim, jadł, brał prysznic, chodził do kibla i medytował. Jego miłość do koców była wprost proporcjonalna do niechęci, jaką od tej pory darzyłem swoje.
Ósmego dnia zabrakło łyżek na stołówce. Pan Wasabi stracił też ubrania cywilne. Czułem, że to część planu tych przebiegłych Hindusów, którzy zamierzali się ulotnić. Łyżkami kopali tunel, a ubrania cywilne miały zapewnić im spokój po drugiej stronie płotu.
Mnisi
Poza setką uczestników medytowali również mnisi. Przywdziali bordowe szaty i jako pierwsi wkraczali na aulę do medytacji. Dziewiątego dnia dwóch z nich pokłóciło się o kolejkę do kibla i zaczęli się szarpać. Wszyscy medytujący zgromadzili się dookoła. Ktoś przyjmował zakłady, który z mnichów pierwszy odklepie. Wyższy z nich opierał się o liny, absorbował ciosy niższego, zmuszając do potwornego wysiłku. Wrócił niedawno na ring, po trzyletniej przerwie spowodowanej miganiem się od woja.
Po chwili wyższy niespodziewanie zaatakował przeciwnika potężnym hakiem i ciosem z prawej. Nie było co zbierać. Chyba że mnisie zęby z podłogi. Na miejsce wkroczyli nauczyciele, uzbrojeni w pokój i miłość. Rozdzielili ich. Na miejscu nie dopatrzyłem się garstki Hindusów, którzy planowali ucieczkę. Brakowało też pana Tsubasy. Zakładałem, że Hindusi albo skorzystali okazji i zwiali, albo poprosili mnichów o prowokację, by odwrócić uwagę nauczycieli od medytacji.

Jak się potem dowiedziałem, spór między mnichami wziął się z tego, że jeden przykleił drugiemu do pleców kartkę z napisem: „Mam małego”. Drugi wpadł szał i postanowił się zemścić.
Hindusi parli przed siebie
Powoli zbliżaliśmy się do końca Vipassany, więc sens ucieczki stał pod znakiem zapytania. Został jeden dzień, więc jeśli Hindusi mieli wiać, to ostatniej nocy. Mogli sobie to postawić za punkt honoru, że bez względu na datę opuszczą ośrodek na swoich zasadach. Ostatniego popołudnia nie kryli się już z kopaniem. Spod ziemi co chwilę dochodziły trzaski, słychać było odgłosy wiercenia. Czasami podbijało nas na siedzeniach w trakcie medytacji, gdyż pod ziemią dochodziło do wybuchów metanu. Hindusi parli przed siebie. Na zajęciach pojawiali się już symbolicznie. Cali umazani w ziemi, z kretem przyczepionym do ubrania.

Ostatniej nocy z mojej pryczy zniknęło kilka desek. Nadal mogłem się położyć na łóżku, ale było to bardzo utrudnione. Utwierdziłem się w przekonaniu, że Hindusi wzmacniają podkop przed zawaleniem. Na łóżku obok nie było też pana Wakashimazu. Musiał zostać na konsultację z nauczycielem medytacji.
Ostatnia medytacja
Nazajutrz medytowaliśmy po raz ostatni. Potem posłuchaliśmy wykładu na pożegnanie, w którym Goenka polecił nam medytować przynajmniej godzinę dziennie. Od tego momentu mogliśmy ze sobą rozmawiać, ale nie dotykać się. Wielu z osadzonych miało swoje partnerki po drugiej stronie. Po tylu dniach rozłąki i przerwy od siebie miło było widzieć ich ponownie razem. Nawet na jednego z Arabów czekała koza. Ach, ta miłość. Przetrwa wszystko.
Moje pierwsze rozmowy były najprzyjemniejszymi rozmowami, jakie przeprowadziłem. Tak mocno wypstrykałem się z bodźców w trakcie medytacji, że teraz każde słowo wypowiedziane przez drugiego człowieka brzmiało jak miód.
Pan Kutasadze
Od pana Kutasadze z pokoju dowiedziałem się, że to jego sto sześćdziesiąta siódma medytacja vipassana. Czyli po pomnożeniu tej liczby przez dziesięć dni daje to zawrotne cztery i pół roku w ośrodkach medytacyjnych na świecie.
– Nie myślałeś, że prościej będzie zapisać się do klasztoru buddyjskiego?
– Nie – odpowiedział. – Nie chcę żyć jak mnich. Tutaj mam hybrydę między jednym życiem a drugim.
– A co cię uszczęśliwia w życiu?
– Na pewno nic, co by wynikało ze świata zewnętrznego.
– Co to znaczy?
– Widzisz, ta technika medytacyjna jest przenośnią całego naszego życia. Pokazuje ci, jak wszystko jest kruche i nietrwałe. Na ciele pojawiają ci się doznania jak mrowienie, wibracje. Doświadczyłeś tego?
– Tak. Na nosie i twarzy.
– One pojawiają się niespodziewanie. Ale z czasem człowiek zaczyna ich pragnąć. Próbuje je wywołać. Gdy już się pojawią, próbuje je zatrzymać. A to niemożliwe. Bo wszystko przemija. Jedyne, co możesz, to obserwować. Co więc mnie uszczęśliwia? Możesz być szczęśliwy z powodu tego, co masz, albo nieszczęśliwy przez to, czego nie masz. Ja nie mam nic. Wszystko kreuje mi umysł, z tego czerpię szczęście. Z wewnątrz.
Pokiwałem głową. Chwilę posiedzieliśmy w ciszy.
– A powiedz mi, czy zauważyłeś, że ktoś robił podkop?
– Co, jaki podkop? – Zareagował dziwną agresją w głosie.
– Wydaje mi się, że ktoś wiercił pod nami dzień i noc.
– Nie wiem, o czym mówisz. – Zrobił się wyraźnie zakłopotany na twarzy.
– Na pewno? Wydaje mi się, że ktoś chciał się stąd wydostać.
– Nic mi o tym nie wiadomo. – Kręcił głową.
– To wy! To ty kopałeś z nimi!
– O czym ty mówisz? Jaki podkop?
Co wyniosłem?
Gdy wyszedłem z ośrodka, coś się zmieniło. Poczułem, że jestem dużo spokojniejszy. Nauczyłem się też nie reagować na małe pierdoły. Tak jakby ktoś na chwilę wyłączył hałas w głowie. Ciało stało się lekkie. Jakby po długim śnie. Odczuwałem dużo więcej wdzięczności i radości. I spokoju. Musiałem jeszcze tylko wrócić do centrum Bodh Gaja. Zrobiłem kilka kroków. Potknąłem się o coś wystającego z chodnika.
– KURWA! Kto to chujostwo tak zaprojektował! Co za banda chujów!
Przez kolejne dziesięć minut kopałem chodnik…
Więcej historii w drugiej książce
Druga książka „Bunkrów nie ma II” jest dostępna w przedsprzedaży. Jeśli chcesz się załapać na darmową wysyłkę, zamów już teraz. Znajdziesz w niej więcej podobnych do tej historii. Wysyłka na początku sierpnia.

0 Komentarzy