Filipiny – Thrilla in Manila

23 June 2015 Filipiny 3 Comments
Thrilla in Manila na Filipinach

Filipiny to potężny kraj wyspiarski, który poza katolicyzmem nie ma nic wspólnego z Polską. Już po kilku chwilach widać, jak różni się też od pozostałych krajów Azji Południowo-Wschodniej. Jest bardziej latynoski niż azjatycki. Podobnie jak piękne buźki i pulchne dupki obywatelek.


Thrilla in Manila

 
Po bardzo krótkim locie z Hongkongu samolot wypluł podwozie na lotnisku Manila. Miałem wrażenie, że to był najkrótszy lot w moim życiu. Stewardesa ledwo zdążyła z tymi pajacykami, które rzekomo miały nam wytłumaczyć, gdzie mamy spierdalać, kiedy się to wszystko rozleci. Nie wiem, czy oglądaliście kiedykolwiek Benny’ego Hilla, ale cała akcja dzieje się tam dwa razy szybciej. Podobnie było na naszym pokładzie. Inaczej obsługa nie wyrobiłaby z zadaniami. Zaprzęgli mnie do siedzenia przy drzwiach awaryjnych. W razie wpadnięcia do wody to właśnie ja miałem wypchnąć drzwi, które chwilę potem staranują mnie pod ciśnieniem ściany wody.

Manila to straszna melina. Brudna, zakorkowana, betonowa dżungla. Jednym z popularnym trików lokalnych złodziejaszków jest tzw. znajomy z hotelu. Idziesz sobie przez miasto, a nagle z naprzeciwka podchodzi jakiś człowiek, który podaje się za pracownika Twojego hotelu. Twierdzi, że Cię kojarzy i że jeśli chcesz, to pokaże Ci zajebistą miejscówkę nieopodal. Jak łatwo się domyślić, nie ma tam nic ciekawego. Są za to bardzo pomocni ludzie, którzy mają już konkretne plany na to, co kupią sobie z Twoich pieniędzy.


Trik na przewodnika

 
Kolejną sztuczką jest przewodnik pomocnik. Przypadkowy człowiek odziany w kamizelkę z nadrukiem z tyłu oraz fałszywą licencją oferuje Ci swoje usługi po mieście. W pewnym momencie proponuje wstąpienie do baru na drinka. Tam podstawiony barman podaje Ci zimnego, orzeźwiającego browarka z dodatkiem skopolaminy.

Jedną z najdziwniejszych rzeczy na Filipinach są uzbrojeni wojskowi. Stoją na każdym kroku. Czasami zwykli, sklepowi ochroniarze są zaopatrzeni po same zęby. Nawet przed byle mięsnym stoi facet z tak wielkim karabinem, że niech się schowa Rambo. Idąc do jednego z nich, żeby kupić królową polskich wędlin (pasztetową), nie byłem pewien, czy ochroniarz mnie – za zaproszeniem – nie odjebie za kupno pęta kiełbasy.


Podstawówka

 

Na zdjęciu żołnierze kręcący się przy miejscowej podstawówce. W takich okolicznościach wagary pewnie nikomu nie były w głowie.
 
Wojskowi na Filipinach
 
Dobra, już dość straszenia. Filipiny to niesamowicie urokliwy kraj. Koniec kropka i amen. Trzeba jedynie wydostać się poza stolicę – Manilę. Jeszcze tylko jedna krótka historia o tym, jak dałem się podejść.


Licznik

 
W Manili prawie każdy kierowca taxi chce Cię oszukać. Jesteś białym turystą, więc masz pieniądze. Albo sam Cię okradnie, albo pojedzie w miejsce, w którym ktoś będzie już na Ciebie czekał. Nie wierzyłem w żadne porady od taksówkarza. Jeśli mówił, że nie ma autobusu, to znaczyło, że był. Jeśli twierdził, że aby wejść na lotnisko musiałem wcześniej kupić bilet, to znaczyło, że nic nie potrzebowałem. Jeśli mówił, że jest facetem, tytułowałem go per madame. Tak na wszelki wypadek.

Dałem się wydymać w drugiej taksówce. Nie tak dosłownie, że musiałem płacić wypiętym tyłkiem za kurs, ale straciłem trochę gotówki. Aż było mi wstyd za siebie.

Musiałem się dostać na następne lotnisko, z którego odlatywałem na wyspę Palawan. Wsiadłem do taksówki polecanej przez ochroniarza. Był uzbrojony po zęby, więc mu zaufałem.

– Ile będzie kosztował kurs na dworzec autobusowy?
– Według licznika.


Licznik

 

Spoko, wsiadłem. Z tylnego siedzenia nie dostrzegłem żadnego licznika. Coś tutaj nie grało.

– Panie, gdzie jest licznik?
– Jest, przestań się martwić.
– Chcę go zobaczyć. Zatrzymaj się pan!
– Dlaczego?
– Stój pan, kurwa, prrr!

Koleś zatrzymał się z piskiem. Otworzył schowek i wyjął zwitek papieru. Podał mi do ręki tak wiekowy dokument, że pamiętał jeszcze, jak Morze Martwe było zaledwie chore. Zdmuchnąłem kurz i odczytałem:

Licznik opłat za taxi

Zerknąłem poniżej – były tam wyszczególnione miejsca docelowe w Manili, a zaraz obok ceny. Zaniemówiłem.

Musiałem zapłacić prawie 75 zł za jakieś dwa kilometry jazdy. Nie protestowałem, bo była noc. Facet mógł mieć broń albo nóż, a w dodatku miałem ze sobą całe swoje życie, czyli swój plecak. Wysiadłem i otworzyłem drzwi na całą szerokość. W razie gdyby gościu chciał odjechać z moim plecakiem, przywaliłby drzwiami w latarnię na poboczu. Z urwanymi drzwiami i tak by lepiej na tym wyszedł niż ja. On zyskałby mój plecak wyładowany sprzętem i dolarami, a ja miałbym drzwi od samochodu. Już wyobrażam sobie rozmowę w hotelu, w którym chciałbym się zatrzymać:

– Tutaj jest prysznic, tam są łazienki. Klucz dostanie pan za godzinę. Czy chce pan do tego czasu przechować bagaż?
– Owszem, z wielką chęcią.
– Ma pan ciężki ten plecak?
– Prawdę mówiąc, to nie mam plecaka.
– A co pan ma?
– Drzwi od taksówki.

Zabrałem plecak z tylnego siedzenia i tak mocno trzasnąłem drzwiami, że w hotelu oddalonym o 20 km od Manili, na drugim piętrze, w łazience w pokoju nr 456 (tym zaraz obok klatki schodowej) odpadł kafelek.


Opcja na bezdomnego

 
W ramach oszczędności nie brałem hotelu. Ostatnie sześć godzin przed wylotem przespałem na trawie przed terminalem lotniska.
 
Lotnisko Clark w Manila
 
Przywiązałem do siebie torbę i włożyłem nóż do kieszeni. Lotnisko było jednak dobrze strzeżone. Znajdowała się tam kiedyś największa baza lotnicza USA poza granicą kraju. Rozsądni Amerykanie zamontowali wszędzie monitoring. Na początku ludzie patrzyli na mnie jak na bezdomnego. Ale minęło trochę czasu i już miałem już swoich naśladowców. Leżeli obok mnie na trawie z dowiązanymi do nogi torbami. Z lotniska Clark odleciałem małym samolocikiem na Palawan. Miałem przed sobą dwa tygodnie błogiego lenistwa na rajskich plażach Filipin.


Najzabawniejsza książka podróżnicza na polskim rynku.

Książka z czarnym humorem

Następna historia:
Raj na Ziemi