Indie – Jak nielegalnie wbić się do Tadż Mahal?

Tadż Mahal - jak nielegalnie wejść w piątek

Był piątek. Siedziałem właśnie w pociągu z Delhi do Agry (tam znajduje się Tadż Mahal). Dłubałem sobie w świeżo założonym gipsie na ręku. A w zasadzie to podpalałem wystające nitki. Zawsze lubiłem indyjskie pociągi. Nieważne, czy człowiek spał, drapał się po głowie czy smarował się musztardą po klacie – wszyscy się patrzyli. Mogłem ich celowo zmylić i robić najbardziej irracjonalne rzeczy, jakie przyszły mi do głowy. W końcu byłem białym turystą o innych zwyczajach. Mógłbym zeżreć książkę albo otworzyć okno, wystawić głowę i przez całą drogę patrzeć się na szyny. I tak nie wiedzieliby, czy to ja tak udaję, czy my, biali, już tak mamy. Turyści przecież. Nigdy nie wiesz.


Tadż Mahal w Indiach

 
Gdy wysiadłem, kupiłem sobie od razu bilet do Varanasi. Odjeżdżał cztery godziny później. Wystarczy czasu, żeby zaszyć się gdzieś w hotelu na kilka godzin, zostawić plecak i pozwiedzać Tadż Mahal. Tak też zrobiłem.
 
Tadż Mahal w piątek zamknięte
 
Pod samą bramą świątyni świeciło pustkami. Spodziewałem się kolejki jak po salceson za komuny, a tam stało raptem dwóch ochroniarzy. „Tym lepiej”, pomyślałem. „Nie będzie trzeba przepychać się wśród tego zasapanego bydła turystów”.

– Gdzie można kupić bilet? – zapytałem ochroniarza.
– Dzisiaj jest piątek. Tadż Mahal jest zamknięte.
– Jak to: zamknięte? – Skamieniałem. – Panie, ja z ręką w gipsie pół świata przejechałem, a tu…
– W piątki zawsze jest zamknięte – powiedział. – Przyjdź jutro.
– Ale chwileczkę. Tam przecież kręcą się jacyś ludzie w środku! – Wskazałem przez bramę. – A oni to kto?
– W piątki Tadż Mahal jest tylko do modlitwy. Dla muzułmanów.

Odpuściłem. Wmawianie kolesiowi, że jestem muzułmaninem, nie miało sensu. Krótkie spodnie, blondyn, ręka w gipsie i brak wiary w oczach? Prędzej uwierzyłby w to, że w sprawę Magdy Żuk włączył się ojciec Mateusz, niż w to, że jestem Arabem.


Spoko typ

 

Zrezygnowany i zły poszedłem do lokalnej restauracji. Wdrapałem się na taras na dachu. Tam siedział tylko jeden człowiek. Wyglądał na spoko typa.

– Mogę się przysiąść?
– Jasne. Siadaj – odpowiedział młody człowiek.

Zamówiłem jedzenie i piwo.
 
Jak nielegalnie wejść do Tadż Mahal
 
– Byłeś już w środku? – zapytał, wskazując na Tadż Mahal.
– No właśnie nie. Dzisiaj jest piątek. Nie ma wjazdu dla turystów.
– To nie wiedziałeś o tym? Skąd jesteś?
– Z Polski.
– A co ci się stało w rękę?
– A tam, dwa dni przed wylotem… – zająknąłem się – Za dużo wypiłem i ktoś ten…
– No co?
– Wbiegł głową w moją pięść. I się złamało.
– Nieźle. Jestem Dann.
– Tony. A ty skąd jesteś?
– Australia. Już myślałem, że ta ręka jest do żebrania.
– Co masz na myśli?
– Ty pewnie nic nie wiesz. W Indiach jest tak, że gdy rodzi się dziecko w biednej rodzinie, to rodzice często sami ucinają mu rękę lub nogę.
– Po co?
– Żeby potem lepiej żebrało. To zawsze budzi większy żal.
– Poważnie mówisz?
– Poważnie.
– O kurwa!


Blancik

 
Kelner wreszcie przyniósł jedzenie i piwko. Po jakimś czasie Australijczyk schylił się pod stół, sięgnął po coś w torbie i z wyciągniętą dłonią zapytał:

– Palisz?
– Owszem.

To był naprawdę dobrze skręcony blancior. Nie taki babcok, jak Faza skręcił w jednym z ostatnich odcinków 😉
 
Fazowski Babcok
 
Odpaliliśmy typka, a Australijczyk zaczął mi opowiadać o Tadż Mahal. Tak w wielkim skrócie.


Historia Tadż Mahal

 
Dawno temu wybudował to koleś, któremu jedna z żon urodziła 14 dzieci i zmarła. Gdy masz tyle potomstwa, jest cholernie trudno znaleźć miejsce w restauracji dla całej rodziny. Tylko Jezus miał większe wyzwanie. Gdziekolwiek nie polazł z apostołami, zawsze brał stół na 26 osób. Bo wszyscy siedzieli z jednej strony.

Wróćmy do historii Tadż Mahal. Więc laska umiera. Zrozpaczony małżonek tak ją kochał, że życie straciło dla niego sens. Dniami i nocami walił konia i płakał. I w któryś tam byle wtorek postanowił, że wybuduje świątynię ku jej czci. (Jego miłość nie kolidowała z tym, że po śmierci żony posuwał inne kobiety). Pogrążony w smutku monarcha zatrudnił 30 tysięcy tępych jak siekierka z Biskupina roboli, którzy przez kilkanaście lat budowali to gówno od podstaw. Po skończonej robocie poucinał im wszystkich łapy, żeby nigdy nie byli w stanie zbudować nic piękniejszego. Zaoferował im też bezpłatne wejściówki do kina na „Smoleńsk”, ale nikt nie był zainteresowany.


Genialny pomysł

 
Gdy spaliliśmy drugiego blanta, olśniło mnie. Poczułem, jakby nad głową zapaliła mi się żarówka, a w tle ktoś uderzył metalową pałeczką w trójkąt.

– Wiem! Przecież ja mogę się przebrać za muzułmanina! – krzyknąłem.
– A skąd weźmiesz ciuchy, ciemną karnację i laskę dynamitu?
– Ciuszki da się tu załatwić. A karnacja, hmmmm… – Popatrzyłem do góry. – Powiem, że jestem z Bośni albo Kazachstanu. Nie zorientują się!
– No nie wiem. Dla mnie to słaby pomysł. Oni cię już widzieli?
– Tak, ale tam są ze trzy wejścia.

Zapłaciłem rachunek, zbiegłem po schodach, rozejrzałem się dookoła. W te piątki nawet sklepy z pamiątkami były zamknięte. Ale te kufajki na łeb ktoś musi mieć. Przeszedłem się w tę i we w tę. Wszystko zamknięte. Zaproponowałem jakiemuś lokalsowi odkupienie czapki, którą dumnie dzierżył na głowie. Odmówił. Gdy dołożyłem trochę hajsu do oferty – zgodził się. Wystarczyło się jeszcze przebrać. Krótkie spodnie z miejsca mnie skreślały. Wpadłbym jak Rysiek Riedel w kompot. Wróciłem wolniutko rikszą do hotelu, żeby przyodziać jakiś spodzian. To była miła podróż.
 

 
Po kwadransie byłem już z powrotem pod świątynią. Czułem się jak przemytnik. Tak jakby od przejścia przez bramkę zależało moje być albo nie być. Stanąłem naprzeciw ochroniarza. Był wysoki, szczupły i młodszy od tamtego. Zacząłem delikatnie.

– Czy można na modlitwę? – zapytałem z otwartymi dłońmi.
– Dzisiaj jest zamknięte do zwiedzania.
– Ja nie chcę zwiedzać. Jestem z Bośni i Hercegowiny. To muzułmański kraj. Chciałbym się pomodlić. Jeśli Allah da.
– Ale to jest tylko dla indyjskich muzułmanów.
– Przyjechałem taki kawał i jeśli Allah da, pragnę modlitwy w tym miejscu.
– Będzie trudno. Tutaj jest monitoring. Będę miał problemy, jeśli wpuszczę turystę.
– No panie, kurwa! – Nie wytrzymałem. – Weź mnie wpuść. Pomodlić się chciałem.

I o dziwo, udało się. Chwilę potem byłem za bramką. Wszedłem jak Arab w kozę.


W środku

 

„Jest, kurwa!”, krzyknąłem w myślach. „Tylko dokąd ja mam teraz iść?”

Postanowiłem iść w stronę ludzi. Tam, na wielkim placu przed świątynią, przechadzało się kilka osób. Zrobię zdjęcie i wypierdalam stąd.

Po kilku krokach zauważyłem, że równolegle ze mną idzie kilku ochroniarzy. Nie szli do mnie, ale bacznie mi się przyglądali. Gdy stanąłem prawie w idealnym punkcie do zdjęcia – zawahałem się. Wyjmować aparat czy nie wyjmować? Kolesie obok mnie również przystanęli. Zacząłem się kręcić z głową w górze. Jakbym szukałam, w którym kierunku jest Mekka. Potem przeszyliśmy się wzrokiem z jednym z ochroniarzy. Już chyba mnie rozgryzł. Czekał, aż wyjmę aparat, a on będzie mógł mnie zastrzelić. Było jak na westernie. Jakbym przed kasynem czekał z rewolwerem na Ślepego Johna. Wtedy wyjąłem telefon z kieszeni.

Ochroniarz natychmiast zaczął iść w moim kierunku. Ja stałem jak Bogu ducha winny muzułmanin.

– Proszę nie robić zdjęć!
– Ale ja nie robię żadnych zdjęć. Próbuję zlokalizować Mekkę.
– Jak tutaj wszedłeś?
– Przyszedłem się pomodlić. Jestem Bośniakiem.
– Jak tu wszedłeś?  – Krzyknął. – Paszport poproszę.

No i sprawa się jebła. Trzy minuty potem stałem już za bramą. Nie zrobili mi nic, chyba z uwagi na bycie kaleką. Upierałem się, że jestem tym Bośniakiem, ale nie wziąłem paszportu. Nie uwierzyli. I mieli rację, jebani.


Po drugiej stronie rzeki

 
Jedyne, co mi pozostało, to taksówka na drugą stronę rzeki. Stamtąd widać Tadż Mahal, ale bez ogrodów. Przebijanie się przez rzekę było jakąś opcją. Ale nie w Indiach. Gdybym zanurzył się w ich wodzie, to potem chyba przez miesiąc srałbym uszami. A to kolidowało z moim napiętym harmonogramem i bicepsem.

I gdy tak siedziałem sobie w tuk-tuku, i przejeżdżaliśmy właśnie przez most, natknąłem się coś, co kompletnie wyszło poza ramy tego, co dotąd widziałem. Kim był ten człowiek i jak bardzo musiał zabalować poprzedniego dnia?
 
Agra tadż mahal w piątek

Od Tonego: Wróciłem z Himalajów. Mam 10 historii do opowiedzenia. Będzie zabawnie. Jeśli ktoś jeszcze nie kupił książki, to zostało 600 w magazynie. Link poniżej.


W książce aż 72 historie, których nie ma na blogu! Wysyłka gratis.

Książka Bunkrów Nie Ma Okładka

—-
Następna historia:
Jak zamordować nauczyciela medytacji dla początkujących?

Podobało się?