Indie – Jak zamordować nauczyciela medytacji dla początkujących?

Varanasi w Indiach

Gdy przyjechałem z Tadż Mahal do Varanasi, od razu wyszedłem z hostelu, żeby zobaczyć to i owo. Varanasi to dziwne miejsce i dla wielu szokujące. Mnie specjalnie nie ruszyło. Samo palenie zwłok w krematoriach też było smętne i liche. Widok krów zżerających kwiatki ze zmarłych to dla mnie chleb powszedni. Wygłodniałe psy grzebiące w ludzkich szczątkach były dla mnie jak zwykłe popołudnie z rodziną w lesie. Dopiero odrobinę dalej, w dół rzeki, zobaczyłem, że ludzie pluskają się w tej samej wodzie, do której wcześniej zrzucali martwe ciała. Wtedy na mojej twarzy zagościł uśmiech. Poczułem, że ten dzień będzie udany.


Varanasi w Indiach

 
Widziałem nawet głowę pływającą w rzece. I to, kurwa, w czepku! Sunęła niedaleko brzegu, jakby właśnie wypłynęła z krematorium. W zasadzie na upartego mógłbym do niej doskoczyć. W takiej sytuacji skakanie do wody na łebka nabierało zupełnie nowego znaczenia. Największego hardkorowca z Varanasi opisałem przy okazji historii Wszystkie czuby świata. Ten skakał na łebka do Gangesu.

Pozostałe dni w Varanasi spędziłem na zabawie w chowanego z krowami.
 
Krowa bawi się w chowanego w Indiach

Krowa w Indiach w Varanasi

 

Nic

 
Po kilku dniach błądzenia po mieście zaszyłem się w hostelu, by robić każdego dnia to samo.

Nic.

Ludzie codziennie wstawali o 6 rano, by taplać się w gównie i trupach. Potem kompletnie padnięci wracali do hostelu, by zapytać:

– Tony, jak ci minął dzień? Co udało ci się zobaczyć?
– Nic – odpowiadałem z dumą.
– To czym zajmowałeś się cały dzień?
– Niczym.


Nowa perspektywa

 
Co ciekawe, pierwszy raz rozmawiałem z pozycji gościa, który napisał książkę. Przez 5 lat podróży nigdy tak nie było. Bo to był mój pierwszy dłuższy wyjazd, od kiedy powstała książka „Bunkrów nie ma”.

Siedzieliśmy w loży hostelowej i przedstawialiśmy się sobie. Ktoś był studentem, ktoś miał przerwę międzyszkolną, a inny ktoś pracował w hucie przy zatapiaczce. Normalna rzecz. I wtedy przychodziła moja kolej. Gdy powiedziałem, że to, czym obecnie zajmuję się życiu, to pisanie bloga o seksie, alkoholu i narkotykach, momentalnie usłyszałem ten tekst.

– Serio? Opowiedz nam jakąś historię! – krzyczeli.

A ja mam pewien dystans do opowiadania.

Po pierwsze dlatego, że w większości przypadków ludzie czują się zgorszeni moimi historiami. Szczególnie kobiety. Niektórzy wierzą, że ich podrywanie to romantyczna wyprawa statkiem uczuć i emocji, dawanie głębi męskości i mądrości. A ja po prostu serwuję mięso na tacy, czego niektórzy nie potrafią przełknąć.

Po drugie dlatego, że ludzie momentalnie chcą mi się zrewanżować swoimi historiami. Ale najczęściej są to nudne albo bardzo zachowawcze wersje. W dodatku bez czarnego humoru. I finalnie słyszę, że ktoś narżnął w portki, zesrał się na cmentarzu albo cokolwiek innego związanego z gównem. Nuda.

Tak było i tym razem. Siedziałem w hostelu, pokasłując sobie od czasu do czasu. Przyszła do mnie jakaś Amerykanka i zaproponowała wyjście do baru na kilka piwek. Poza nią były jeszcze dwie osoby. Rozmawiałem z nią dzień wcześniej i cóż… Nie była tytanem intelektu. Poza tym nie miałem ochoty na picie piwa.

Gdy poczuję, że ktoś naprawdę wiele przeżył i z pewnością ma wiele do opowiedzenia – dopiero wtedy się otwieram. I w im gorszym świetle się przedstawię lub im bardziej poniżę się w historii, tym lepsze opowieści usłyszę w rewanżu.


Irlandczyk

 
Dopiero za jakiś czas bramę hostelu przekroczył Irlandczyk, który właśnie skończył kurs Vipassana. W wielkim skrócie to kurs medytacji, podczas którego przez 10 dni z nikim nie rozmawiasz, nie przeglądasz telefonu, nie czytasz książek – tylko medytujesz. Brzmi trochę jak więzienie, ale ludzie wychodzą odmienieni i oczyszczeni z natłoku myśli. Ten Irlandczyk również sprawiał wrażenie „naładowanego duchowo”. Czułem, że to doświadczenie wyszło mu na dobre. Zero używek, odtąd sama medytacja i pierdzenie lawendą.

Facet wyszedł świeżo z tego kursu, przekroczył bramę hostelu i od razu rzekł:

– Gdzie tu, kurwa, jest jakiś bar?

Typowy Irlandczyk. Postanowiłem się do niego przyłączyć. Gościu zameldował się w hostelu, zrzucił torbę podróżną, a kwadrans potem siedzieliśmy w barze. Zaczęło się klasycznie. Każdy powiedział, czym się zajmuje, a ja zaraz po tym musiałem opowiedzieć jakąś historię. Którą wybrałem?

  • Dlaczego nie brać karła do raftingu
  • Seks w pokoju hostelowym to zły pomysł
  •  

    Obie opowiastki są dostępne tylko w książce.


    Powietrze Varanasi

     

    Kupiliśmy sobie drugie piwo, a gościu poprosił mnie o fajkę.

    – Masz papierosa?
    – Mam. Śmiało. – Podałem mu paczkę.
    – Wiesz, że powietrze w Varanasi jest tak chujowe, że nawet jeśli nie palisz, to się trujesz? Gdy spędzasz tu jeden dzień i najzwyczajniej oddychasz, to tak samo, jakbyś palił 7 fajek dziennie.
    – Coś słyszałem o tym – odpowiedziałem. – U nas w hostelu każdy już pokasłuje. Poza samymi krematoriami ludzie palą krowim gównem w piecu. Słyszałeś o tym?
    – CO TY PIER-DO-LISZ?
    – Prawdziwa historia, mój przyjacielu. Ludzie w Varanasi palą w piecu krowim gównem. Ponoć to idealne paliwko, które po wysuszeniu sprawia, że piec wchodzi na wysokie obroty, a po mieszkanku rozchodzi się woń kwiatów…
    – A skąd to wiesz? – zapytał Irlandczyk.
    – Dwa dni temu, gdy wyszedłem poza turystyczną część, widziałem kobiety, które stały po szyję w krowim gównie. Lepiły pachnące placuszki, które miały ogrzać ich mieszkanka. To wszystko potem suszyło się przed ich domami.
     

    Palenie krowim gównem w piecu

    Takimi właśnie krowimi plackami palą w piecach w Varanasi


     
    – Teraz wyobraź sobie, że jest zima – kontynuowałem. – Siedzisz w wyziębionej chacie gdzieś na zadupiu i orientujesz się, że nie ma czym palić w piecu. Wybierasz jakiś numer w telefonie i mówisz: „Dzień dobry. Poproszę wywrotkę gówna na ulicę Kwiatową”.
    – Obleśne… Naprawdę obleśne – stwierdził Irlandczyk.


    Jak zamordować nauczyciela medytacji?

     
    Przez następną godzinę Irlandczyk próbował namówić mnie na zapisanie się na tę medytację. Myślałem kiedyś o Vipassanie, ale nigdy nie mogłem się zdecydować.

    – Czyli przez 10 dni z nikim nie rozmawiam, tak? – zapytałem.
    – Właśnie tak. Nie wolno ci nawet spoglądać na kogokolwiek. Możesz jedynie pogadać ze swoim nauczycielem o medytacji albo o tym, że coś dzieje się z twoim zdrowiem.
    – I zero alkoholu? – spytałem.
    – Zero.
    – Zero książek i smartfonów?
    – Zero – odpowiedział Irlandczyk.
    – Czyli jeśli wniosę książkę, a nauczyciel mnie przyłapie na czytaniu, to wylatuję?
    – Wylatujesz.
    – To mam zajebisty pomysł. Wniosę książkę, będą ją czytał, ale gwarantuję ci, że nauczyciel nic nie powie. Nawet gdy mnie na tym przyłapie.
    – Niby jak?
    – Wydrukuję samą okładkę, od której gości posra się ze strachu. Będzie na niej:
     

    Jak zamordować nauczyciela medytacji dla początkujących

    Okładka książki „Jak zamordować nauczyciela medytacji – dla początkujących”


    W książce aż 72 historie, których nie ma na blogu! Wysyłka gratis.

    Książka Bunkrów Nie Ma Okładka

    Podobało się?