Indie – Wszystkie czuby świata

29 września 2016 Indie, narkotyki 7 komentarzy
Indie

Gdy myślę Indie to mam przed sobą obraz turystów. Bo to nie byle kto. Tam nie jeżdżą ludzie, którzy szukają tylko fotek na Facebooka albo jebanych pokémonów. Przeciwnie: prawie codziennie spotyka się kogoś, kto szuka czegoś więcej w życiu. Głębiej. Czasami ocierając się o czyste szaleństwo. Bo Indie to kraj, do którego ciągną wszystkie czuby świata.


Indie a nudziarze

 
Gdy wizytowałem Indie, najbardziej lubiłem to, że siadałem w byle barze na blanta i dosiadał się ktoś ze swoją ciekawą historią. Są tacy ludzie, których wystarczy posłuchać przez dziesięć minut, i już wiesz, że przez resztę jego życia wszystko będzie niezmiernie nudne i schematyczne. Najzwyczajniej chujowe. Dam ci dobrą radę. Jeśli sam nie chcesz tak skończyć, trzymaj się z daleka od takich ludzi. Bo tylko „szaleńcy” pozwolą ci spojrzeć na pewne sprawy z innego punktu widzenia.

I już pomijam szaleństwo miejscowych. Bo to temat na osobną historię.
 

Hindus próbujący sprzedać turystom pustaka za 20 rupii

Hindus próbujący sprzedać turystom pustaka za dwadzieścia rupii.

 

Historia o Varanasi

 
Słyszeliście kiedyś o Varanasi? To święte miejsce hinduizmu położone nad Gangesem. Każdy Hindus marzy, żeby właśnie tam na starość pierdolnąć fikołka. Potem najlepiej, by ich prochy ktoś skremował i wrzucił do Gangesu. Dla oświecenia.

Mimo że jest tam mnóstwo bakterii, ludzie ze względów rytualnych obmywają się w rzece. Ta atrakcja jest często proponowana turystom. I ci się godzą. Wejdą może po kostki, odważniejsi do kolan, ale i tak prawie wszyscy bez wyjątku łapią jakieś choróbsko. Tym bardziej się zdziwiłem, gdy Austriak opowiedział mi swoją historię.


Historia Austriaka

 

– Varanasi? Pamiętam, jak dziś… – Popatrzył gdzieś przed siebie. – Większość turystów boi się tam wsadzić choćby palec, a ja postanowiłem się trochę zabawić.
– To znaczy? Co zrobiłeś? – spytałem.
– Wskoczyłem na bombę, dałem nura ze dwa metry, łyknąłem trochę wody i wypłynąłem.
– Dlaczego zrobiłeś coś równie głupiego? Pokémona wykryło?
– Nie. W samolocie do Indii sobie rozmyślałem, czym uczyniłbym moje życie szczególnym. Padło na to.
– No i jak się po tym czułeś?
– Dosłownie sekundę po tym jak wskoczyłem, poczułem, że całe ciało obchodzi mi taką gęstą, nieznaną mazią. Wiesz, woda w Varanasi jest bardzo „gęsta”.
– Ale nie pochorowałeś się po tym?
– O jakich chorobach mówimy? – zapytał trochę ze złością.
– A ja wiem… – Podrapałem się po głowie. – Wiesz, takie zwykłe choroby. Bo co innego mogłoby cię złapać, gdy wskakujesz do rzeki pełnej martwych ciał ludzi i zwierząt oraz tony śmieci i gówna. Takie drobne dolegliwości typu kaszel, katar i ogólne pobolewanie.
– Aaaaa…! – Zawył. – O to ci chodzi. Pierwszego dnia złapałem potężną sraczkę i wymioty, wylądowałem w szpitalu. Potem doszła gorączka, krwotoki. Siedziałem tam chyba ze dwa tygodnie.
– Czyli, jak rozumiem, było warto?
– Oczywiście!
– Zrobiłbyś to jeszcze raz, gdybyś wiedział, jak się to skończy?
– No jasne. Tylko teraz bym pierdolnął na główkę. Wtedy mnie te ciała stresowały.
– To czekaj, w tym szpitalu zrobili ci pełną detoksykację, tak?
– Jaką detoksykację! Codziennie jadłem to samo gówno. Nieważne, czy był poniedziałek czy czwartek. Któregoś razu przyszła jakaś hinduska pielęgniarka i bezwiednie rzuciła talerzem: „Proszę, oto gówno z truskawkami”. Gdy tylko to usłyszałem, od razu zareagowałem: „Co jest, do cholery? Znowu z truskawkami?”.

Gdy się ze mną żegnał, zawahałem się, czy uścisnąć mu dłoń. Ale stwierdziłem, że pewnie go już z tego wszystkiego wymyli. Poza tym to był naprawdę spoko typek.
 
Stanie na głowie w Indiach

 

Indie i historia o Varanasi

 
Kilka dni później spotkałem jakiegoś starego Holendra, który też do Indii przyjechał nieprzypadkowo. Już poza tym, że gość był tak strupieszały, że robił przekopki w piaskownicy z Kainem i Ablem, zapisał się na coś zdumiewającego. Starzec co jakiś czas odwiedzał Indie, żeby poddać się prawdziwym zabiegom ajurwedyjskim. To taki niekonwencjonalny, hinduski system medyczny. Nacierają cię olejkami, robią masaże, rozpisują dietę czy wkładają palce w tokarkę… Całość trwa, zależnie od programu, około siedemnastu dni. Po wszystkim człowiek ma być ponoć wyczyszczony z nagromadzonego syfu i dużo zdrowszy. Tak się złożyło, że Holender mieszkał obok mnie, więc codziennie obserwowałem, jak sobie radzi. I wiecie, co zrobił po całej kuracji, gdy rzekomo był oczyszczony?

Poszedł do baru się najebać i zjarać ramę szlugów.

Czyli był czysty od ośrodka ajurwedyjskiego aż po sam bar. Prawie pięćset metrów. Chyba że szedł plażą, to może być nawet z siedemset! Cholera, zawsze coś. Ja już nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłem przez siedemset metrów kompletnie czysty. A już tym bardziej Austriak z pierwszej historii.

Wracając do ajurwedy: gdybym miał więcej czasu, wolałbym Vipassanę. To jest dopiero coś. Zamykają cię na dziesięć dni w pustelni, gdzie z nikim nie gadasz, tylko medytujesz dwa razy dziennie. Idealna opcja, żeby na chwilę się zatrzymać w życiu. I przemyśleć to i owo.


Historia o Chińczykach

 
Ale chyba najśmieszniejszą historię usłyszałem od gościa, który również mieszkał nieopodal mnie. Może nie jest bezpośrednio o Indiach, ale jest zabawna. Nie mogłem sobie odmówić, żeby jej nie opowiedzieć. Typek zwrócił moją uwagę tym, w jaki sposób czytał książki. Coś mi tu nie grało.
 
czytanie_na_plerach
 


Halloween

 

Pierwszy raz rozmawiałem z nim w piątkowy wieczór w barze na klifie w Varkali. Nie pił, ale tonął w oparach zioła. Gadaliśmy już dobre dwadzieścia minut, gdy opowiedział mi historię.

– À propos imigrantów. Kiedyś wziąłem takich pod swój dach. Nie uwierzysz, co zrobili! – Zaciągnął się dymem z blanta i wydmuchał.
– No dawaj – odpowiedziałem w podnieceniu.
– To była parka Chińczyków, która właśnie przyjechała do mnie do Teksasu z głębokiego zadupia gdzieś w centralnych Chinach. Nie mówili słowa po angielsku i nie mieli pojęcia o amerykańskich zwyczajach.
– Nawet „OK” albo „fuck you”? – zapytałem.
– No nic! Działałem wtedy charytatywnie dla organizacji, która pomagała imigrantom się zaaklimatyzować. Przygarnąłem ich do siebie. Śmiesznych sytuacji było całe mnóstwo, ale najlepsza zdarzyła się w Halloween. Wyszedłem z domu, zostawiłem ich samych. I potem co chwilę ktoś ich nawiedzał z dynią na głowie albo w innym śmiesznym przebraniu.
– Na przykład przebrani za kombajn?
– Co? – zapytał zdumiony.
– A nic, opowiadaj dalej.
– Więc przebierańcy dzwonili do drzwi, straszyli przez szyby. Standardowe Halloween. Chińczycy nie mieli pojęcia, co się, kurwa, dzieje. Gdy wróciłem kilka godzin później, zastałem ich siedzących pod stołem z rękoma założonymi na głowę. Jak na wojnie przy bombardowaniu. Prawie się sfajdałem w portki ze śmiechu…


Jeszcze raz o czubach

 
Choćbym rozpisał się tutaj jak głupi chuj, to i tak nie oddam Wam wszystkiego. Do Indii nie jedzie byle kto. Może poza Goa, ale nikt nie jest na tyle pojebany żeby z własnej, nieprzymuszonej woli jechać w ten syf. Właśnie dlatego w Indiach na każdym kroku spotkasz jakiegoś świra, który kompletnie wyłamuje się z ram człowieka żyjącego i głęboko zakorzenionego w naszym systemie.

Wszyscy ci ludzie w jakimś okresie swojego życia zaczęli sobie zadawać pytania. I to takie bardzo egzystencjonalne. Smutne jest to, że w takim normalnym trybie życia, kiedy tylko się skupiasz na tym, żeby gromadzić więcej, tworzyć sobie lepszą przyszłość, trudno się na chwilę zatrzymać i postawić takie pytania. Chyba że się człowiek nieźle naćpa. Wtedy, choć sztucznie wywołane, mogą się pojawić.

Na koniec tej popierduchy pierdolnę Wam jeszcze historię o śmierdzącym śledziu. Pewnie błędnie zakładam, że nie macie jej w dupie, ale co mi tam.


Historia o śmierdzącym śledziu

 
W małym stawie na Mazurach żył sobie śmierdzący śledź. Mówiono o nim, że jest najpiękniejszy ze wszystkich śledzi. Nawet pomimo pseudonimu. Cały staw go znał i podziwiał. Co weekend miał w łóżku nową rybę. Ciasne szprotki, dorodne dorsze. Przebierał i wybierał. Miał też mnóstwo pieniędzy i wszystkie inne śledzie widziały w nim śledzia sukcesu. Któregoś razu najebał się jak woźny w Dzień Nauczyciela i zabłądził. Płynął w niewiadomym kierunku, aż dotarł do rzeki. Nie miał o niej pojęcia. Mimo wstawienia spłynął dalej w dół. Płynął i płynął, gdy wreszcie dotarł na skraj morza.

I tam zamarł.

Cały jego śledziowy świat runął. Wszystko, co budował i to, kim wydawało mu się, że jest, rozpadło się na kawałki.

Więc może nie zadawajcie sobie pytań, jeśli nie chcecie skończyć jak śmierdzący śledź… Tak będzie bezpieczniej.


Sprzedaż wznowiona! 546 stron czarnego humoru!

Książka Bunkrów Nie Ma Okładka

Podobało się?