Argentyna – Buenos Aires

Buenos Aires Informacje Praktyczne

Buenos Aires to najbardziej europejskie miasto pośród wszystkich innych w Ameryce Południowej. Architektura, kultura oraz żarcie są połączeniem Madrytu i Rzymu. A kobiety… No cóż. Chyba zbyt wiele oczekiwałem po gorącokrwistych Argentynkach.


Argentynki

 
Uroda lokalnych kobiet pozostawia wiele do życzenia. Większość lasek to prawie czyste Włoszki albo Hiszpanki. Mają krótkie, kluskowe nogi, duże dupy, ciemne oczy i czarny łeb. Tylko czasami spotyka się prawdziwego mieszańca; patrząc na takiego człowieka, od razu widać, że w uformowaniu go brało udział kilka ras. Mógł to być Hiszpan, Niemiec, Włoch, Indianin i – sądząc po twarzach niektórych – ryjówka, bóbr, zając.


Buenos Aires – atrakcje, co warto zobaczyć

 
Generalnie przez większość dnia Buenos Aires wygląda, jakby spało. Dopiero w nocy ludzie pojawiają się nie wiadomo skąd. Wychodzą ze studzienek jak żółwie ninja, zeskakują z drzew, wygrzebują się z krecich norek i idą w sobie tylko wiadomych kierunkach. Po zmroku na ulicach widać dużo większe ożywienie niż w ciągu dnia. Może bierze się to z temperatury, która w pierwszych dniach stycznia zwykle wynosi 40°C.

Buenos Aires Argentyna

Buenos Aires – centrum miasta

Co niedzielę w Buenos Aires odbywają się imprezy kulturalne w dzielnicy San Telmo. Poza tym, że można kupić sobie jebane badziewia (rzemyki, pierścionki, grzechotki, torebki, yerba mate itp.), można również:

1) obejrzeć mały teatrzyk kukiełkowy w San Telmo,

2) nauczyć się tańczyć tango w Buenos Aires,

3) lub posłuchać muzyki granej na żywo. Jest moc!

Argentyńskie asado

 
Argentyńczycy żrą wołowinę bez opamiętania. To mięsko jest jedyne w swoim rodzaju, toteż asado lub chorrizo jest wrzucane na grilla każdego wieczoru. Argentyńczycy zjadają rocznie tyle mięsa, że lokalne krowy, gdy ich młode pociechy krówki są niegrzeczne, straszą je właśnie Argentyńczykami. I co ciekawe, lokalsi nie dodają wielu przypraw. Tylko sól i pieprz. Na polskich grillach mięso jest tak umoczone we wszelakich przyprawach, że ledwo widać jego pierwotny kolor.


Wymiana waluty w Buenos Aires

 
Do Argentyny najlepiej przyjechać z gotówką na wymianę. Złotówki nie są w cenie, więc jeśli ma się ze sobą trochę więcej dolarów, euro, funtów lub brazylijskich reali, można zrobić naprawdę dobry biznes.

Przed rokiem 2001 kurs dolara do peso wynosił 1:1. Był ustawiony na sztywno. Po wielkim kryzysie ekonomicznym, zamrożeniu kont wielu ludzi i kompletnej destabilizacji waluty sytuacja powoli zaczęła się poprawiać. Mimo wszystko prognozy nadal są niekorzystne, więc ludzie trzymają dolary na czarną godzinę. Gdy ja byłem w Buenos Aires, za dolara można było dostać prawie 13 pesos. Potem ten sam cinkciarz sprzedawał tego samego dolara po prawie 15 pesos. Komu? Argentyńczykom. Czyli kupował od gringo, a sprzedawał swoim rodakom.

Jeśli wybierasz się do Buenos Aires, to mam dla Ciebie małą radę: Zabierz tyle, ile się tylko da, euro albo dolarów. Niech będą to idealne banknoty o wysokich nominałach. Gdy już doczłapiesz się do centrum, jedź na ulicę Calle de Florida i szukaj kolesi, którzy krzyczą: „Cambio! Cambio!”. To cinkciarze, ale cały ten pic z wymianą hajsu jest legalny, więc nic się nie bój. Im więcej wymieniasz na raz, tym lepiej dla Ciebie. No i nie wymieniaj w niedzielę. I tyle. Aktualny kurs sprawdzisz sobie tutaj: http://www.dolarblue.net/.


Argentyńskie zwyczaje

 
Poza tym, że w Argentynie jest cała masa pedałów, to wcale nie to odpychało mnie najbardziej. A co? Argentyńczycy całują w polik na przywitanie. Nawet dwóch dorosłych, w pełni hetero facetów. W pierwszym hostelu w Buenos Aires podszedł do mnie jakieś facet i cmoknął mnie w polik. Przyzwyczajony do życia w Polsce, otworzyłem szeroko dłoń, żeby wymierzyć mu sprawiedliwość w postaci liścia w pysk. Wstrzymałem się z tym, bo gdy gościu w ten sam sposób przywitał się ze Szwajcarem obok mnie, skumałem, że to u nich taki zwyczaj. Odpuściłem więc. W sumie mogłem mu przyjebać tak czy siak, a potem bym mu wmówił, że w Polsce witamy się właśnie w ten sposób.

Argentyńczycy to rasiści. I nie chodzi tutaj wcale o jakieś uprzedzenia wobec ludzi o blond włosach i jasnych oczach, bo w tym wypadku zakładają, że to na pewno Niemiec. Ich rasizm skierowany jest głównie wobec rdzennych Indian zamieszkujących prowincję o intrygującej nazwie Jujuy (wymawianej chuchuj). Mieszkańcy tego regionu są zapewne niezłymi chuchujami… Kolejną rasą, której Argentyńczycy nie darzą sympatią, jest rasa negroidalna, potocznie i z przekąsem zwana czarnuchami.


Torres del Paine w Chile

 
Prawdę mówiąc, myślałem, że ten park narodowy na południu Chile dostanie swoją osobną historię, ale postanowiłem nie zanudzać Was kolejnym wątkiem, który już z pewnością gdzieś się pojawił na innym blogu. Jedno trzeba przyznać: Park Narodowy Torres del Paine w południowej Patagonii jest po prostu zajebisty. I choć mam już za sobą sporo trekkingów – czy to po Birmie, do Machu Picchu, po północnych Andach, na Kilimandżaro i wiele pomniejszych (głównie po browary do sklepu) – to ten bije je wszystkie na cyce.

Pojechałem do Patagonii bez przygotowania. Nie miałem butów trekkingowych, namiotu, śpiwora i tym podobnych. Wszystko można było wypożyczyć na miejscu w Puerto Natales. Nawet w najcieplejszym miesiącu w Torres del Paine nocki są tak zimne, że niech się schowają ruskie tundry. Szczególnie jeśli śpi się pod namiotem. Gdybym nie owinął się w koc termiczny (taki do wypadków), skończyłbym jak Walt Disney.

Lodowiec w Torres del Paine w Chile

Torres del Paine w Chile

 

No i to by było na tyle.

 

Rozczarują się więc ci, którzy spodziewali się, że będę opisywał na tym blogu jak wspaniałe i powalające na kolana są zdobienia kamieniczek w Buenos Aires. Pierdolę to. Niech sobie ktoś inny to opisuje.

Celowo upchnąłem wszystkie te praktyczne informacje w jeden wątek, żeby nie zaśmiecać bloga tym chłamem. Zamiast tego opowiem, jak wygląda brutalna prawda o życiu nocnym w Buenos Aires. Naga, bezwstydna i bezpruderyjna. I jeśli azjatyckie historie były dla Ciebie zbyt kontrowersyjne, to cóż… Mam złą wiadomość. Będzie już tylko gorzej. Bo Bunkrów Nie Ma to blog o podróżach i o seksie.


Najzabawniejsza książka podróżnicza na polskim rynku.

Książka Bunkrów Nie Ma Okładka

Następna historia
Operacje plastyczne

Podobało się?