Boliwia – Najkrwawsze urodziny w życiu

Urodziny Tony

Spojrzałem w kalendarz. Moje urodziny wypadały na dwa dni przed moim odjazdem z Ameryki Południowej. Wiedziałem że będzie to gruba impreza. Spodziewałem się, że wszyscy sąsiedzi zostaną zamordowani, ktoś podpali hostel, a pies zajdzie w ciążę. Nie było jednak aż tak źle, gdyby nie liczyć potrącenia przez samochód, straconego zęba, wyczyszczonego baru z alkoholu, nalotu Interpolu i mojej dwutygodniowej sraczce po powrocie. A wszystko przez Francuza, który prowadził ten hostel. To on nas tak urządził.


Urodziny w Boliwii

 
Gdy przyjechałem do Santa Cruz de la Sierra, od razu udałem się do hostelu, w którym wcześniej złożyłem rezerwację. Już przy recepcji Francuz (właściciel) zauważył, że moje urodziny wypadają następnego dnia.

– Tony, jak zamierzasz świętować swoje 26 urodziny? – zapytał.
– No cóż, standardowo. Upiję się do nieprzytomności i na drugi dzień będę żałował decyzji, które podjąłem poprzedniego wieczoru. Standard.
– Mam więc propozycję.
– Tak?
– Mamy taką tradycję w hostelu, że gdy komuś wypadają urodziny pozwalamy mu pić ile chce.
– Przez całą noc?
– Nie. Od 20.00 do 22.00. I tylko Caipirinię. Będziesz Ty i jeden Nowozelandczyk imieniem Jarred. Podoba Ci się pomysł?
– Brzmi nieźle.
 
feliz cumple
 

Wielki błąd

 
Facet chyba nie zdawał sobie sprawy, że popełnia wielki błąd. Następnego dnia punkt o 20.00 obsługa wręczyła nam 4 kilogramy limonki, szejker, kubeł lodu oraz 2 kilogramy cukru. Do tego wszystkiego 4 butelki po 0,75 Cachaçy. Przyrządzaliśmy Caipirinię na własną rękę. Jeden kroił limonkę, drugi ją ubijał, trzeci nalewał drinki, a inni tylko spijali owoce naszej pracy.

Z 4 butelkami rozprawiliśmy się dość szybko. Minęła może godzina. Spadła natomiast ilość pijących. Zostało nas tylko 5 nadal wlewających w siebie Caipirinię. Łącznie do 22.00 zrobiliśmy 7 butelek po 0,75 litra. Francuz prowadzący hostel aż złapał się za głowę z niedowierzania.
 
caipirinha
 

Pierwsza ofiara

 
Byłem już mocno pijany, ale sam fakt moich 26-urodzin podtrzymywał mnie przy życiu. Gdy skończył się darmowy alkohol, wyszliśmy z hostelu, zmierzając do jakiegoś klubu. Oddaliliśmy się najwyżej 10 metrów od hostelu. Za chwilę usłyszeliśmy pisk hamującego samochodu, uderzenie oraz kobiecy wrzask. Boliwijski kierowca potrącił Niemkę idącą z nami. Działo się to na wyciągnięcie ręki ode mnie. Impet uderzenia odrzucił ją na chodnik. Nic poważnego jej się nie stało, poza tym że do końca życia będzie jeździła na wózku, skończy się podróżowanie i nigdy nie znajdzie faceta… A tak na serio to nie ucierpiała zbyt mocno, bo o własnych siłach wróciła do hostelu. Może alkohol ją na tyle znieczulił, że w tamtym momencie niewiele jeszcze czuła.

– No to jedna mniej pije – skomentował jeden z Nowozelandczyków.
– Może załatwmy sobie koks zanim dojdziemy? – dodał ktoś z tyłu.
– Dobry pomysł. Czekaj zaraz kogoś zapytam.


W poszukiwaniu koksu

 

Jeden z Nowozelandczyków, który miał 20 lat i nie mówił po hiszpańsku podszedł do jakiegoś faceta w bluzie w kapturze. Nawet z odległości kilku metrów, widziałem że facet nie jest godny zaufania. Gdy stali tak obaj przez kilka minut, stwierdziłem że pewnie nie mogą się dogadać ani po angielsku, ani tym bardziej po hiszpańsku. Podszedłem do nich.

– Wszystko w porządku? – zapytałem. – Może mogę jakoś pomóc?
– Spokojnie. Dam sobie radę – odparł Nowozelandczyk. – Idziemy tutaj za róg i za chwilę będę miał towar.
– Jesteś pewien?
– Tak. Poradzę sobie.

Boliwijczyk w bluzie z kapturem nie odezwał się słowem. Spojrzałem na mnie z ukosa, po czym wrócił wzrokiem na Nowozelandczyka. Po chwili obaj odeszli na kolejne kilka metrów i skręcili za rogiem ulicy. Wróciłem do pozostałych. Odpaliłem papierosa i za chwilę wszyscy ponownie usłyszeliśmy krzyk. Obróciłem się w kierunku, w którym udał się Nowozelandczyk i zobaczyłem jak słania się na nogach trzymając się za twarz. Podbiegłem do niego.

– Zabrali mi portfel chuje! – wydyszał – Zabrali!

Nowozelandczyk miał całą twarz we krwi. Gościu z którym chciał zrobić interes wyprowadził go za zaułek, gdzie czekał jeszcze jeden człowiek. Zaatakowali go, złamali mu nos, wybili zęba, wyjęli portfel z kieszeni i uciekli.

Nie było innej możliwości, jak powrót do hostelu. Wyszliśmy raptem 20 metrów poza budynek, a tu jedną osobę potrącił samochód, a druga ma twarz jak Margarito po walce z Pacquiao. Wróciliśmy do hostelu i zadzwoniliśmy po karetkę. Przyjechali po kilkunastu minutach i zabrali Nowozelandczyka do szpitala na szycie. A ja postanowiłem się ruszyć i już na własną rękę poszukać kokainy w Santa Cruz del Sierra. Powiedziałem ludziom z hostelu, że wrócę maksymalnie za 15 minut. Wróciłem po 9 godzinach.


Poszukiwanie kokainy – ciąg dalszy

 
Wyszedłem z hostelu i złapałem taksówkę.

– Panie, gdzie ja o tej porze mogę kupić kokę?
– Kokę mówisz…. Niech pomyślę – odparł taksówkarz – Chyba tylko na nocnym bazarze. Zawiozę Cię jak chcesz.
– Na targu kupię kokę?
– Tak.
– Jak tak, to ruszamy.

Gdy dojechaliśmy na miejsce, facet wskazał mi stoisko, gdzie miałem zapytać o kokę.

targ w boliwii

– Dobry wieczór – zacząłem – Mam takie dyskretne pytanie. Gdzie ja tu dostanę kokę?
– U mnie – odpowiedziała kobieta.
– Po ile?
– A ile kilo chcesz?
– Ja chcę tylko ze 2 gramy. Nic hurtowego.
– Minimum pół kilo.
– Pół kilo na jedną imprezę! A mogę to zobaczyć?
– No masz tutaj.

Za chwilę babka wskazała na olbrzymie worki. Jeden był otwarty, więc zerknąłem do środka. Jedyną zawartością były zielone liście koki, z których jedyne co mógłbym przyrządzić – to herbatę. Boliwijczycy używają tego jako wzmacniający organizm suplement diety. Najczęściej wypełniają sobie poliki przeżutymi wpierw liśćmi. Potem substancja, która wytwarza się ze środka, pobudza organizm.

– Ja szukam kokainy, nie koki! Narkotyku – odparłem. – A tym badziewiem to ja się nie naćpam.
– Aaaaa to nie wiem. Może zapytaj przed Pałacem.
– Gdzie to jest?

Wsiadłem w kolejną taksówkę i pojechałem pod wskazany adres. Jedyni ludzie, którzy kręcili się o tej porze w tym rejonie to dziwki i ich alfonsi. Były naprawdę namolne i zaczęły mnie łapać za rękę.

– Puszczaj mówię! Nie przyjechałem tutaj na dziewczyny.


Alfons

 

Wreszcie jeden z alfonsów, który wszystkiemu się przyglądał podszedł do nas. Był miałkim grubasem, który był tak mocno obwieszony złotem, że wyglądał jak chodzący lombard.

– Czego tutaj chcesz? – zapytał.
– Kokainy – odparłem.
– Ile chcesz?
– Na początek wezmę 2 gramy. Jak będzie dobre jutro przyjadę po 100 gram. – blefowałem tylko po to, żeby tego dnia nie sprzedał mi marnej jakości towaru.
– Okej. Masz tutaj 5 gram.
– Ile za to?
– 60 zł.
– Proszę.
– Dziękuję.

Wszystko było popakowane w słomki do napojów. Przegryzłem jedną i wciągnąłem zawartość. Od razu poczułem się lepiej. Przypomniałem sobie, że jest klub, który nazywa się Pink. Wziąłem kolejną taksówkę i zleciało mi pół godziny, żeby się tam dotarabanić. Do klubu nie wpuszczali już ludzi. Było za późno.


Karaoke

 
Paląc papierosa, zagadałem do jakiegoś faceta, gdzie mogę tutaj jeszcze pójść. Zaproponował mi klub karaoke, który otwarty jest jeszcze kilka godzin. Koleś był częścią większej grupki ludzi. Były z nimi cztery dziewczyny i trzech facetów. Zachowywały się jak księżniczki. Faceci skakali nad nimi, jak pijani harcerze nad ogniskiem. Przeszliśmy do klubu z karaoke i zaraz po wejściu człowiek, dzięki któremu znalazłem się w tym miejscu, oznajmił mi że robią składkę na alkohol.

– Słuchaj, robimy składkę na alkohol. Płacą tylko faceci.
– Po ile?
– Po 300 dolarów od osoby.
– Może po 1000 od razu. Człowieku dzisiaj są moje urodziny. Ja mam przy sobie tylko 100 Bolivianów (45 złotych). Ale mam trochę kokainy ze sobą.
– Niech ci będzie. Ale dzielimy sięm twoich koksem.

Byłem już naprawdę zmęczony tym ciągłym myśleniem o białym, jako o bogatym frajerze. Bogaty czy biedny, wszyscy w Boliwii myślą że Gringo jest naiwny. Nawet jak masz urodziny. Mimo wszystko chłopaki nakupili mnóstwo alkoholu. Kobiety zapłaciły taką samą cenę, którą płacą rozpieszczone kobiety pod każdą szerokością geograficzną. Psi chuj. Od razu powróciły mi wspomnienia z Kolumbii i Medellin. Tam kobiety nigdy za nic nie płaciły. Stały i pachniały. Te były podobnie rozpieszczone. Co było jeszcze śmieszniejsze, one nawet nie były warte tych pieniędzy.

Mało tego, mimo iż Ci mężczyźni wydali mnóstwo pieniędzy na te kobiety, nikt się nie kwapił, żeby do nich zagadać. Wreszcie ja zacząłem coś zagadywać do laski siedzącej obok mnie.

– Eeeeeeeee! Ty tam – zagadałem.
– Tak?
– Mam do Ciebie pytanie – zagadałem głosem jak Vin Diesel.
– Pytaj.
– Czy Twoja babcia mieszka na wsi i ma kury?
– Co? Co to w ogóle za pytanie?
– Sorry, mam tendencję do podchodzenia z dystansem do wszelkiego typu „magicznych otwieraczy”.
– Ale o co Ci chodziło z tymi kurami?
– To taki żart.


Kolejny podryw

 

Laska spojrzała na mnie takim wzrokiem, jakby spojrzał Hitler gdyby zobaczył że w obronie reprezentacji gra czarnoskóry Boateng. Wstała i poszła do WC. Jako, że nie opuszczał mnie humor zagadałem do księżniczki siedzącej po mojej drugiej stronie.

– Cześć.
– No hej.
– Słuchaj, nie masz ochoty na kanapkę z salcesonem? Została mi jedna z rana.
– Spadaj koleś….

To był ten czas żeby zwijać się do siebie. Moja bajera kulała tego dnia. W dodatku Boliwijczykom nie spodobało się, że robię sobie jaja z obiektów ich westchnień. Wsiadłem w taksówkę i pognałem do hostelu. Nie mogłem zasnąć, więc przeleżałem przez kilka godzin patrząc się w sufit.
 
zwala
 

Interpol

 
Nazajutrz dopadło mnie rozwolnienie, które trzymało mniej przez następne dwa tygodnie, nawet już po powrocie do Polski. Lecz nie tylko ja byłem poszkodowany. Niemka, którą potrącił samochód dostała kule do chodzenia, Francuz – właściciel był w plecy z alkoholem, a Nowozelandczyk miał zszywany łuk brwiowy i prostowany nos.

Gdy trafił na pogotowie w całość wmieszała się Policja. I tak w ostatni dzień mojego pobytu w Ameryce Południowej zrobili nam nalot Interpolu na hostel. Oficjalnie pod pretekstem sprawdzenia czy nikt się tam nie ukrywa, ale ja wiedziałem że chodzi o narkotyki, bo inaczej nie fatygowali by psów policyjnych. Gdy się zjawili, srałem sobie w najlepsze i czytałem gazetę. Ktoś zaczął walić do drzwi. Może jakiś spóźnialski na urodziny?

– Sram! Nie dam rady teraz – krzyknąłem przez drzwi.
– Interpol otwierać! Mamy nakaz przeszukania hostelu.
– O kurwa.

Podtarłem się, spuściłem wodę, umyłem ręce i otworzyłem im drzwi. Od razu weszło do środka kilku uzbrojonych facetów i pies. Sprawdzili mi dokumenty i jedyne co znaleźli to 4 wielkie, białe, czyste i gotowe do spożycia… ząbki czosnku.

To już ostatnia historia z Ameryki Południowej. Następne 15 historii z Afryki i Bliskiego Wschodu tylko w książce „Bunkrów Nie Ma”.


Najzabawniejsza książka podróżnicza na polskim rynku.

Książka Bunkrów Nie Ma Okładka

—-
Następna Historia:
Ruchałem ją

Podobało się?